Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 1 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Spis treści SŁOWEM WSTĘPU..............................................................................................................3 NA DACZY...........................................................................................................................6 DED WASIA, czyli gościłem u prawdziwego NKWD-dzisty..............................................12 TAK SIĘ PIJE NA UKRAINIE...........................................................................................19 PO ŻELAZNEJ DRODZE...................................................................................................22 ELEKTROWNIA.................................................................................................................44 WSPOMNIENIE ZSRR.......................................................................................................54 KOMPLEKSY?....................................................................................................................58 CODZIENNE SYTUACJE..................................................................................................66 Siłownia, płaski brzuszek latem – cena............................................................................66 Informatyk........................................................................................................................ 69 Przygoda w centrum.........................................................................................................74 O naszych krajach............................................................................................................77 Różnica kultur?................................................................................................................80 Barszcz............................................................................................................................. 81 NOCĄ..................................................................................................................................84 PLAŻA................................................................................................................................. 89 BAZAR................................................................................................................................ 93 MOSKIEWSKIE PRZEDSZKOLE...................................................................................100 LIST DO POLAKÓW........................................................................................................102 NA PROWINCJI................................................................................................................109 Trochę o fankach motocykli i motocyklistów Kazaniu..................................................110 2 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 SŁOWEM WSTĘPU Cóż to tak naprawdę jest ta „turystyka ekologiczna”? Czy przeciętny obywatel potrafi w pełni ją określić? Najlepiej chyba definiuje ją Wikipedia: „Turystka ekologiczna – forma ruchu turystycznego, minimalizująca negatywny wpływ turystyki na stan środowiska przyrodniczego (miejsca recepcji turystycznej) bez względu na motywy podjęcia podróży. Turystyka ekologiczna jest często utożsamiana z ekoturystyką. Jest to oparte na założeniu, że turysta, dla którego przyroda stanowi główny walor turystyczny, będzie chronił jej zasoby”. A zatem – ekoturystyka to ruch turystyczny, którego głównym celem jest zachowanie trwałego, zrównoważonego rozwoju zasobów i walorów turystycznych poprzez: integrację działalności turystycznej z celami ochrony przyrody oraz życiem społeczno-gospodarczym, kształtowanie nowych postaw i zachowań turystów i organizatorów ruchu turystycznego, bazowanie na potencjale społecznym i gospodarczym danego obszaru. Ekoturystyka kładzie szczególny nacisk na: a) rozwijanie aktywności turystycznych związanych z bezpośrednim kontaktem turysty przyrodą w obrębie otwartych niezdewastowanych obszarów (szczególnie przyrodniczych obszarów chronionych), co pozwala na poznawanie, podziwianie i czerpanie przyjemności z piękna naturalnego, ciszy i spokoju,kontaktu społecznością lokalną, co pozwala na poznawanie tradycyjnego stylu jej życia i kultury regionalnej oraz nawiązywaniu bezpośrednich kontaktów międzyludzkich; b) dostosowanie wielkości ruchu turystycznego do chłonności turystycznej oraz preferowanie małej skali rozwoju w odniesieniu zarówno do grup uczestników ruchu, jak również bazy i urządzeń turystycznych; c) aktywizowanie życia społeczno-gospodarczego w obrębie obszarów Natura 2000 w ich otoczeniu, poprzez wskazywanie działań związanych z tworzeniem 3 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 pakietów usług dla różnych form aktywności w ramach ekoturystyki. Według Dominiki Zaręby, autorki pierwszej w Polsce książki o ekoturystyce („Ekoturystyka”, Dominika Zaręba, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa, 2000, 2006 i 2008) ekoturystyka stanowi rdzeń koncepcji turystyki zrównoważonej. Jest „najczystszą” formą podróżowania przyjaznego środowisku, ponieważ odbywa się zwykle na obszarach o najwyższych walorach przyrodniczych i krajobrazowych, bezpośrednio przyczynia się do ochrony środowiska naturalnego i kulturowego tych regionów, a jej uczestnikami są ludzie o dużej świadomości ekologicznej i wrażliwości przyrodniczej. Dominika Zaręba wyodrębnia trzy najważniejsze cechy ekoturystyki wyróżniające ją spośród innych form podróżowania: 1. Ekoturystyka jest formą aktywnego i dogłębnego zwiedzania obszarów o wybitnych walorach przyrodniczych i kulturowych; 2. Ekoturystyka strzeże harmonii ekosystemów przyrodniczych i odrębności kulturowej lokalnych społeczności; 3. Ekoturystyka dostarcza środków finansowych dla skutecznej ochrony wartości dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego oraz przynosi realne korzyści ekonomiczno-społeczne ludności miejscowej. Jestem więc prawdziwym ekoturystą a nawet ekoprzewodnikiem. Już we wczesnych latach osiemdziesiątych moi rodzice otrzymali adres kobieciny wynajmującej kwatery w gospodarstwie rolnym nieopodal Ustronia Morskiego i tam przez kilka lat z rzędu spędzaliśmy coś w rodzaju ekowakacji agroturystycznych. To jednak temat rozległy i na zupełnie inną opowieść. Teraz warto skupić się na krajach tak niedalekich, a tak mało nam znanym – Ukrainie i Rosji. Oprócz opisów wspaniałej przyrody (niewiele ich będzie, bo nie bardzo potrafię to akurat robić) pragnę przybliżyć czytelnikom ową „odrębność kulturową lokalnych społeczności”. Pokazać, jak wspaniale jest zwiedzać dzikie ostępy, ale też znane miasta i kurorty, innymi ścieżkami niż te wytyczone przez biura podróży. A co najważniejsze – chcę 4 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 zachęcić do obcowania z miejscową ludnością, bo to pozwala naprawdę poznać dokładnie każdy odwiedzany kraj. 5 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 NA DACZY Dacza to coś w rodzaju domku letniskowego. Dla wielu obywateli Związku Sowieckiego była to jedna z oznak luksusu i dobrobytu. Szczyt marzeń niektórych, nie dla wszystkich osiągalna. Nierzadko coś w rodzaju naszych polskich altanek na ogródkach działkowych, czasami jakaś budowla kojarząca się raczej z szopą, ale istnieją też piękne osiedla i miejscowości, gdzie stoją dacze luksusowe, z kanalizacją, pełną infrastrukturą, wszelkimi podłączeniami, telewizją satelitarną i internetem, oczywiście ochraniane. Widziałem te budowle, często przejeżdżając przez podmiejskie miejscowości. Architektura i pomysłowość właścicieli – wszelaka. Ale przecież chodzi głównie o to, aby odpocząć, pogrillować, spotkać się z rodziną lub znajomymi „na prirodie”. Opowiadał mi znajomy, jak kiedyś został zaproszony na daczę gdzieś pod Leningradem. Drewniana stodoła, a Grisza-gospodarz pił wodę z wiadra. Te czasy już chyba minęły. Znajomi, od których wynajmowałem mieszkanie, pochwalili się jednej z kuzynek, że jest u nich „innostrannyj” gość. Ta postanowiła nas wszystkich zaprosić do siebie na daczę. Było to w Odessie, więc klimat pozwalał na kilka miesięcy w roku zamienić mieszkanie w rozgrzanym bloku na położony gdzieś nad morzem domek. Zaproszenie przyjąłem z wielkim zadowoleniem. W końcu poczuję na własnej skórze, co to takiego odpoczynek na daczy. Kuzynka ma na imię Marinka – pracownica administracyjna jednego z odeskich teatrów. Jej mąż Serioża to wysokiej klasy znany okulista. Podejrzewam, że nie odpoczywają w szopie i nie piją wody z wiadra. Znajomi bardzo ich chwalą, to podobno ichnia klasa średnia. Co prawda dawno się nie widzieli, ale teraz przy okazji zaproszenia gościa zagranicznego odświeżą rodzinne związki. Jedziemy komunikacją miejską, więc wnioskuje, że bez alkoholu się nie 6 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 obędzie. Umówiliśmy się pod teatrem, gdzie czekać ma Marinka i dalej ruszymy już razem. Wsiadamy w marszrutkę i niedługo jesteśmy pod teatrem. Marszrutka to wspaniały wynalazek i udogodnienie dla pasażerów, przynajmniej w moim mniemaniu. „Marszrutnoje taxi” – rodzaj autobusu, właściwie busa, kilkanaście miejsc siedzących i nieco więcej stojących. Kursuje bardzo często na każdej trasie. Przemieszczać się można nim bardzo szybko, jak samochodem osobowym. Takie skrzyżowanie autobusu z taksówką. Bywają wersje trochę większe, takie mini autobusy, ale zasada działania pozostaje taka sama. Cena jest trochę wyższa niż za przejazd tramwajem czy trolejbusem, ale warto ze względu na czas podróży. W każdym mieście rozwiązano to trochę inaczej, czasami płaci się przy wsiadaniu, gdzie indziej przy wysiadaniu. Marszrutka zatrzyma się tam, gdzie poprosi pasażer, lub gdzie czeka, machając przy drodze, nowy podróżny. W Odessie na przykład opłatę regulujemy przy wysiadaniu. W zależności od ilości przejechanych przystanków płaci się 1,5 lub 2 hrywny. Nikt nie pilnuje odległości i nie liczy przystanków, oprócz samych pasażerów. Nie zauważyłem, żeby ktoś kiedykolwiek nie przyznał się do tej dłuższej trasy. W większej wersji marszrutki posiadają drzwi z tyłu pojazdu. Czasami, gdy zrobi się duży tłok, kierowca wpuszcza lub wypuszcza nimi pasażerów. Gdy z powodu ciasnoty wysiadający nie ma możliwości, by podejść i uregulować opłatę, prosi współpasażerów o pomoc. Wtedy pieniądze wędrują do kasy z ręki do ręki lub nad głowami. – Za dwa płacę z Morwagzała – mówi i podaje dalej. – Za dwa z Morwagzała – powtarzają uczynni współpodróżni i przekazują sobie banknoty. Tą sama drogą wraca też „zdacz”, czyli wydana reszta. Jeśli ktoś chce wysiąść, a ciężko mu się dostać do przedniego wyjścia, wystarczy tylko krzyknąć, tak żeby kierowca usłyszał; a jeśli nie usłyszy, ktoś zaraz powtórzy głośno: „zadnie !!!”. A wtedy otworzą się drzwi z tyłu. I wysiada nimi ponoć zawsze ten, kto zapłacił. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić podobnego modelu podróżowania w Polsce – mogłoby wyskoczyć pół autobusu. Nie wiem, czy to mentalność inna, czy tak 7 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 porządku nauczyła ich władza totalitarna, w każdym bądź razie działa. I nikogo nic nie dziwi, nikomu nic nie przeszkadza. Raz jechałem z dworca z wypchaną torbą, więc zająłem miejsce na końcu, żeby nikomu nie przeszkadzała. Ponieważ był to dzień przedświąteczny marszrutka zapełniła się do oporu, wszyscy wsiadali z przystanków pod dużymi sklepami, targając większe zakupy. Do mojego przystanku wcale się nie rozluźniło, więc gdy musiałem wysiąść, przepychałem się wąskim przejściem, środkiem między fotelami, a torbę dźwigałem nad ludzkimi głowami, czasem nieco je obijając. Nie usłyszałem żadnej przykrej uwagi, więcej – wyciągały pomocne ręce, by podtrzymać mój bagaż. A kierowca cierpliwie czekał, aż przebrnę. Pod teatrem wita nas Marinka. Kobieta pod pięćdziesiątkę, wysoka, postawna, elegancka i bardzo sympatyczna. Ma bardzo miły i przyjemny głos. Zaraz podjeżdża inna marszrutka i szybko wskakujemy. Jedziemy i jedziemy. To duże miasto. W Polsce wielu moim rozmówcom wydaje się, że Ukraina to wyłącznie małe miasteczka i wioski. A to potężne miasta z wielkim zapleczem olbrzymich fabryk, szerokimi kilkupasmowymi drogami-prospektami, osiedlami bloków-sypialni wraz z całą infrastrukturą, i masą ludzi na ulicach. Sama Odessa jest wielkości Katowic, ale ludności ma trzy razy więcej, a gdzie jeszcze Donieck, Dniepropietrowsk, Zaporoże, Charków, Połtawa...? Taki Lwów też przecież jest duży i Tarnopol, i Stanisławów, o Kijowie już nie wspominając. Wysiadamy pod większym sklepem spożywczym, marketem. Wchodzimy na zakupy, bo Marinka twierdzi, że czegoś by tam można jeszcze dokupić. Pakujemy do koszyka słodycze, czipsy, owoce, to co może się przydać na takim pikniku. Nie zapominamy o kilku kartonach miejscowego czerwonego wina. Przy kasie znajomi szepczą mi dyskretnie, że to ja powinienem za wszystko zapłacić. Trochę mnie dziwi taka bezpośredniość, bo nie jechałem w gości z pustymi rękami, jak oni, ale płacę. Żaden problem. I znowu do marszrutki. Teraz jedziemy już po terenach podmiejskich. Domki jednorodzinne, ośrodki wczasowe, obozy pionierskie-młodzieżowe, jakiś przepiękny klasztor. Autobus kończy podróż. 8 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Pętla gdzieś w lesie. Trasa ruchliwa, sądząc po ilości odpoczywających kierowców. Marszrutki się wietrzą. Nie wiem, czy mi się zdaje, czy słychać już szum morza. Po drodze napotykamy jakieś muzealne wagony – czytam tablice pamiątkowe, gdzieś tu przebiegała linia frontu. Przechodzimy na skróty przez dawny ośrodek wczasowy. Całkiem jak w PRL-u – tylko dużo większy. Domki się rozpadają, na placu zabaw straszą odrapane karuzele i huśtawki. I nagle rozpościera się przed nami przepiękny widok. Stoimy na górze, ostre zejście w dół, a tam osiedle – kilka uliczek domków i przepiękna panorama morza. Cudo. Docieramy pomału. Dacze są przeróżne. Głównie niewielkie, ale trafiają się też dwupiętrowe: murowane, kamienne lub drewniane. Drogi wybrukowane, wąskie chodniczki i całkiem niezłe samochody. Trochę to jednak przypomina mi nasze ogródki działkowe. Jeszcze tylko jedna, druga furtka i... docieramy na miejsce. Powierzchnia działki niewielka. Trawka trochę wypalona słońcem, bo tu jednak panują wysokie temperatury, kilka drzewek owocowych i tradycyjnie leżaki, krzesła ogrodowe oraz grill. Dacza mała, z płaskim dachem. Dwie sypialnie, pokoik o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu, kuchnia i niewielka łazienka. Wszystko po generalnym remoncie, gipsokartony, ładnie odmalowane. Kuchnia i łazienka wykafelkowane, oczywiście w pełni wyposażone: lodówka, pralka, kuchenka mikrofalowa i tradycyjna. Z zewnątrz budyneczek obłożono panelami. Na wszystkich drzwiach zauważam bardzo potężne i solidne zamki. Najważniejszą część i centralne miejsce całej posiadłości zajmuje taras, przez który wchodzi się do wszystkich pomieszczeń. Na tarasie – wielki stół, fotele, krzesła i rozkładana kanapa. Na niej podobno chętnie śpi gospodarz. Bardzo zdrowo, wspaniałe powietrze. W Odessie w ogóle jest świetny i zdrowy klimat. Wiadomo, kurort, wiele sanatoriów. Oprócz wszelkich innych walorów uzdrawiających okolica ta słynie z leczenia alergii. I faktycznie. Sam cierpię z jej powodu, każdy sierpień to dla mnie bardzo ciężki miesiąc. Męczył mnie zawsze sienny, alergiczny katar. W dzieciństwie obrywałem zawsze: 9 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – Znowu smarkasz! Biegasz z chłopakami, pijesz zimne napoje, jak tak można? Ale kto wtedy miał pojęcie o jakichś alergiach? Po trzech tygodniach przebywania w Odessie ustąpiły wszelkie objawy... Rozsiadamy się na tarasie. Marinka krząta się, na stole pojawiają się oprócz naszych zakupów różne cuda. Pierożki ze wszystkim: ze szpinakiem, serem i kartoszką, z mięsem, i jeszcze z owocami. Pełen wybór. To przekąski. Skwierczy też już coś na grillu – to moi znajomi przejęli inicjatywę. Najbardziej smakuje mi tutejszy bigos. W przeciwieństwie do naszego składają się na niego różnego rodzaje mięsa, świetnie przyprawione, troszeczkę tylko przełożone kapustą. Rewelacja! Naprawdę wspaniała kuchnia. Są i słodkości. No, niczego nie brakuje. A wino lokalne świetnie smakuje również w wersji schłodzonej, dobrane smakiem i mocą do tych dań i klimatu. Znowu duży plus dla Marinki. Gospodyni szczerze się stara. Zrozumiałem teraz, dlaczego moi znajomi tak ucieszyli się z tego zaproszenia. I skrzętnie ze wszystkiego korzystają. Przypominam sobie, jak wujek opowiadał, gdy pojechał do Leningradu i wybrał się na imprezę. Podano jedzenie i... zaraz się zakotłowało. Stwierdził: „zaczekam, aż się uspokoi, wszyscy sobie nałożą, a potem ja na spokojnie... I to był mój błąd”. Jak to na imprezie rozmawiamy o wszystkim i o niczym. O dzieciach, o życiu. Marina, jako długoletnia pracownica teatru, opowiada, jakie to sławy widziała i poznała. Odbieram esemesa. Muszę pilnie skorzystać z internetu. Ale laptopa tu nie ma, Serioża ze swoim jeździ do pracy. Może sąsiad pomoże? Idziemy za płot, sąsiad mówi: „net problema”. Drewniana chata, BMW na podjeździe. W środku pełen wypas. – Ale komputer jest tylko w sypialni, zaprowadzę – oferuje się i prowadzi mnie do pokoju. Tam wielkie łóżko, a na ścianie wieeelki monitor LCD, bezprzewodowa klawiatura leży obok. – A lubię tak... leżę sobie na łóżku i piszę ze znajomymi – opowiada skromnie sąsiad. 10 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Myślę sobie, że wody z wiadra nikt tu raczej nie pije. Od sąsiada już tylko dwa kroki na plażę. Czyściutko i pusto. Prawie nie ma turystów. Sami mieszkańcy osiedla. Trochę im zaczynam zazdrościć. Można zapomnieć o wszystkich problemach. Niech się schowają zatłoczone Tunezje, Egipty, Chorwacje... 11 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 DED WASIA, czyli gościłem u prawdziwego NKWD-dzisty Wszyscy chyba słyszeli o takiej instytucji jak NKWD. Czym się zajmowała, co do niej należało, jakie miała prawa i obowiązki i jak się dała we znaki każdemu, kto miał pecha się z nią zetknąć. Otóż na Ukrainie żyje jeszcze wielu „kombatantów” mających zaszczyt – tak, zaszczyt – służyć w jej organach. Cieszą się ogólnym szacunkiem, płaci się im wysokie emerytury, biorą udział we wszystkich świętach państwowych, utrzymali wszelkie przywileje, bo to w końcu weterani. Ich służba ojczyźnie właśnie na tym polegała. U moich znajomych w rodzinie również znajdował się taki ktoś. Nazywany wujkiem i dziadkiem – zdaje się brat babci, czyli wujek ich matki czy jakoś tak. Ogólnie Died albo Dieduszka Wasia. Opowiadają o nim często przy okazji obchodów np. Dnia Zwycięstwa. Intryguje mnie on bardzo, chciałbym go poznać, bo gdzie jeszcze osobiście spotkam kogoś takiego? Może coś ciekawego od niego usłyszę, może „pracował” w jakimś znanym nam mniej lub bardziej miejscu? Po prostu odzywa się we mnie żyłka historyka. I któregoś dnia Died Wasia zaprasza na obiad. Mnie oczywiście też. Jedziemy gdzieś daleko, na drugi koniec Odessy. Blokowisko, ale jakoś dziwnie dużo zieleni, trawa niewypalona słońcem, czyli ktoś podlewa. Wszystko czyste i zadbane. Musi to być faktycznie lepsza dzielnica. Kiedyś, idąc na skróty, zapuściłem się na podwórka pomiędzy blokami i widziałem tam facetów w podkoszulkach, pijących napoje wyskokowe, jednocześnie dbających i konserwujących swoje żiguli różnych roczników, mamy z dziećmi w piaskownicach, grillujące przy ładnie nakrytych ławeczkach ceratowymi obrusami, taki piknik osiedlowy. Tutaj tego nie było. Po drodze wstępujemy do osiedlowego marketu, gdyż podobno Dieduszka lubi słodycze, więc nabywam, ja oczywiście, kilogram dobrych lodów i butelkę wina, bo może staruszek chociaż tego będzie mógł się odrobinkę napić. Wysłuchuję też opowieści o Zoji, to jest drugiej jego żonie, że 12 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 ponoć to nie najlepsza gospodyni itp. Otwiera nam postawny, sprawny jeszcze mężczyzna, choć niby chodzi o lasce, ubrany w bielusieńki podkoszulek, ale spodnie w kancik. Maleńkie mieszkanko. Proszą od razu do salonu. Stół już prawie zastawiony – chyba wygłupiłem się z tym winkiem. Na ścianach zdjęcia przedstawiające naszego gospodarza w różnych epokach. W młodości pozuje na Dzierżyńskiego, bo na portrecie widzę twarz z charakterystyczną bródką, nawet profil podobnie ujęty. Rozsiadamy się za stołem, ciocia Zoja zaraz poda obiad. – To co? Porozmawiamy po polskiemu? – zaczyna rozmowę Died Wasia, ale na tym kończy się jego znajomość naszego języka. Mój talerz coś dziwnie niedomyty, chyba prawda jest to, co mówili o gospodyni, ale tłumaczę sobie, że staruszka może już nie dowidzi. Przy posiłku takie tam pogaduchy. Dziadek opowiada, jak to właśnie był niedawno na pogrzebie pułkownika KGB. Potem wspomina, jak poznał swoją obecną żonę. Wracał z jakiegoś spotkania kombatantów z wielkim bukietem kwiatów, który mu tam podarowano. Zoja siedziała na wprost niego w tramwaju, czy autobusie, wstał i po szarmancku jej go wręczył. I tak to się zaczęło. Enkawudzista romantyk. Ze swoją córką nie widuje się od momentu swojego ślubu, za to bryluje u nich Igor-pasierb. Pomaga ojczymowi, wozi go do lekarzy, kupuje lekarstwa, prezenty, ogólnie bardzo o niego dba. Jak zauważa moja znajoma, chyba głównie ze względu na wysoką emeryturę i inne dobra doczesne, jakie Died Wasia posiada. Do, i po posiłku oczywiście wódeczka. Gospodarz domu obowiązek napełniania kieliszków scedował na mnie i mojego kolegę Saszę. – Tej wódki nalewajcie sobie, a tej mnie, tamta mi szkodzi, a Zojce tak na razie też możecie lać ale tylko po połóweczce. Widzę, że Dieduszka darzy mnie sympatią, a już gdy wypowiedziałem się niezbyt pochlebnie o inteligencji, polityce i mocarstwowości Amerykanów stałem się swój. – Co to za duracki naród – podsumował zadowolony. Rozmawiamy o historii, całkiem nieźle orientują się oboje. O polskich rodach, o 13 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 rozbiorach, o Napoleonie, a już o szlaku bojowym Ludowego Wojska Polskiego wiedzą wszystko. W końcu kobiety przenoszą się do kuchni, mają swoje sprawy, tam można na przykład zapalić, bo w salonie obowiązuje absolutny zakaz, i wiedzą też doskonale, że dziadek zaraz zacznie wspominać, co nie każdego interesuje, zwłaszcza gdy te opowieści już wiele razy. Ale ja nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że w końcu swobodniej sobie porozmawiamy. Wreszcie Ded Wasia zaczyna, pokazując na ściany: – Popatrz na fotografie, jaki byłem młody i przystojny, jakie miałem włosy, wyglądałem jak Dzierżyński... Wiesz, na wszystkie swoje medale i ordery szczerze zasłużyłem. Są tacy, co je teraz sprzedają, nie szanują. A ja wiernie służyłem ojczyźnie, ojczyznę trzeba kochać. Nieistotne, że to już teraz niepodległa Ukraina. Na myśli ma Związek Radziecki. We wszystkich byłych republikach, teraz już niepodległych państwach, żyją tacy ludzie. I przez większość współobywateli są traktowani jako zasłużeni kombatanci. Stawianie sprawy – jak czyni wielu naszych polityków – że Rosja jest be, a Ukraina cacy, przypomina dzielenie Niemców, na tych wspaniałych z NRD, dobrych i przyjacielskich, i na tych z RFN, spadkobierców nazistów. – Miałem 18 lat, jak się zaczęła wojna – kontynuuje wspomnienia Ded Wasia – byłem słuchaczem w szkole wojskowej. Mieliśmy służbę z kolegą, patrolowaliśmy teren przyległy do naszej instytucji. Nagle nadlatuje samolot, taki mały kukuruźnik. Przy lądowaniu ma problemy. Siada, ale uderza mocno w ziemię, rozbija się, ale na razie nic nie wybucha. Podbiegamy, wyciągamy nieprzytomnego pilota i jakiegoś wyższego oficera. Ten jest połamany, nie może się podnieść, ledwo się rusza. Kolega coś grzebie przy rozbitym silniku, posypuje rozlane paliwo piaskiem. Ratujemy im życie. Pierwsze pochwały i odznaczenie... – Niemcy posuwali się błyskawicznie, zostaliśmy odcięci i przebijałem się na wschód do naszych. Ciężko było, bo to jednak do przejścia była linia frontu, ale jakoś 14 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 się udało. Rosjanie mnie zatrzymali i odstawili do jakiejś mieściny, gdzie trafiło już wielu takich jak ja. Musieliśmy stanąć przed komisją, takim właściwie sądem wojskowym. Każdy, kto przyszedł z niemieckiej strony, był podejrzany, a raczej uznany z miejsca za szpiega. W wielkiej sali za stołem siedzieli oficerowie, doprowadzano do nich żołnierza, chwila rozmowy i przeważnie decyzja: rozstrzelać. A mnie już było wszystko jedno. Wykończony, zmęczony, psychicznie zdołowany. Miałem tylko 18 lat, ale już byłem gotowy, niech rozstrzelają. Moja kolej. Staję przed komisją, nawet nie podnoszę głowy, nie przyglądam się. Jakieś pytania i nagle zza stołu podnosi się oficer. Podchodzi do mnie i słyszę: „chłopie, tyś mi życie uratował, wyciągnąłeś mnie z rozbitego samolotu”. Podchodzi, poklepuje. Pułkownik NKWD. I zabrał mnie do siebie, załatwił przydział. Całą wojnę z nim przesłużyłem. Dobry był chłop. Jak przebiegała dokładnie ta służba, jakoś ciężko z niego wydobyć. Może tajemnica, może nie chce opowiadać. Wiem tylko – 1 Front Ukraiński i „tak my razem doszliśmy do Budapesztu”. Gdzieś po drodze słyszę, że był służbowo w Polsce, w Czechosłowacji. Widział bunkry UPA. – Co to było za wojsko, jak oni walczyli, siedzieli tylko w tych bunkrach i wychodzili mordować. Jak tam weszliśmy, to mieli wszystko, pełne wyposażenie, wentylacja, oświetlenie, woda... No myśmy rozbijali te bunkry. – Może wam zrobić zdjęcie? – Sasza proponuje, a dziadek momentalnie się podnosi, wyciąga z szafy marynarkę obwieszoną medalami, zakłada – wszystko bardzo sprawnie jak na swój wiek – i dopiero teraz pozuje. Nie wytrzymuję i pytam: – Potrzebna panu w ogóle ta laska? – A tak trochę, tak mnie ubezpiecza... Potem kolejna dawka wspomnień. – W latach wczesnych 50-tych dowiedzieliśmy się, że jest jakaś szajka złożona z dyrektorów przedsiębiorstw, sekretarzy i zwykłych spekulantów. Chodziło o łapówki 15 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 i czarny rynek. Czasy były ciężkie, wszystkiego brakowało. A oni nagle mieli wielkie pieniądze, żony w futrach, luksusy. Jeździli i balowali po kurortach, na Krym, do Gruzji, sam namierzałem kogoś tam w Soczi – Dieduszka się rozkręca po kolejnym kielichu. – Normalna robota czekisty wtedy była. No i rozbiliśmy tę bandę. Ludzie co jeść nie mieli, po kilkanaście osób w mieszkaniu mieszkało, a oni co? Okradali wszystkich. Siedem osób rozstrzelano, sukces był... Nareszcie zaczyna o czymś ciekawym, chyba pociągnę go trochę za język, myślę sobie. – Wiesz, jak Tatiana, to jest córka mojej siostry, piła za młodu i jak guliała? Ma na myśli teściową Saszy siedzącego z nami przy stole. To mama Swiety, która teraz jest zajęta w kuchni z babcią Zoją babskimi sprawami. Faktycznie obiło mi się o uszy, jak to Tatiana lubiła zabalować za młodu. Dziecko szło do pierwszej klasy, a na rozpoczęcie szkoły mamusia nie dotarła, bo jeszcze trwała impreza. Drugim jej mężem był kapitan okrętu szkoleniowego; jak wracał z rejsu, zabierał ją na maraton knajpiany, bo też za kołnierz nie wylewał, woził do Gruzji, Abchazji, ale to właśnie przy nim sporządniała, czyli pilnował jednak. Teraz babcia to już raczej spokojna emerytka. W przeliczeniu jakieś 50 euro emerytury na wiele nie pozwala; dorabia gdzieś czasem, bo na Ukrainie o dziwo jest praca dla emerytów. Mieszka u córki i czasami dochodzą od nich odgłosy świadczące o niezbyt miłym współżyciu. Kiedyś nieśmiało „pożyczyła” ode mnie 20 hrywien i najbardziej widocznym zakupem była duża butelka piwa. Pomyślałem, pić się chce, bo temperatury tu strasznie wysokie panują. – Piła, balowała po nocach, szlajała się... ale ja ją oduczyłem. Nikomu to się nie podobało, wszyscy jej zwracaliśmy uwagę, prosiliśmy, tłumaczyliśmy, groziliśmy, ale nie skutkowało. Aż raz wychodzę rano, a tu ciągnie się taka ledwo żywa, przewraca i jeszcze odgraża mi się. O, czekaj, swołocz, po co ty masz żyć, powieszę cię... Wyciągnąłem z komórki kawał liny, zarzuciłem za gałąź, zawijam pętlę i jej na szyję. I ciągnę do góry. Wtedy do niej dotarło, płakać zaczęła, obiecywać, 16 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 przepraszać i tak ja ją właśnie na ludzi wyprowadziłem. Hm, metoda drastyczna, ale skuteczna. Chcę dyplomatycznie wypytywać znowu o wojnę, skoro tak na szczerość mu się zebrało, ale nagle Ded Wasia podrywa się czujnie, coś mu nie pasuje: – Gdzie kobiety? Chodźcie do nich, zobaczymy, bo mi się coś nie podoba. – I pomaszerowali z Saszą do kuchni – Ile wyście wódki przynieśli? – pyta dziadek. – My wódki w ogóle, tylko to winko – odpowiadamy. A Wasia już węszy, prowadzi dochodzenie. – To dlaczego one takie pijane? Faktycznie, w kuchni Sweta nieźle podchmielona, babcia Zoja ledwo trzyma się na nogach, ale wie, że to nie przelewki, że mąż trzyma wszystko w domu za mordę i zaraz się zacznie, więc sprytnie wymyka się do łazienki i zamyka od środka. Dziadek zły, krzyczy. Swieta próbuje jej bronić, ale z czekistą nie tak łatwo. Okazuje się, że małżonka ma problemy z alkoholem, dlatego dziadek tak pilnował przy nalewaniu, pozwalał tylko połóweczkę. Okazało się, że kiedy zniknęły w kuchni, babcia wyjęła ukryte pieniądze zamotane gdzieś za spinką we włosach i posłała Swietę na zakupy: „weź, złociutka, dwie buteleczki wódki i papieroski, wypijemy sobie, bo ten kozioł na nic mi nie pozwala, takie to przy nim życie...”. Dały radę wypić tylko jedną. Teraz babcię trzeba ratować, bo z łazienki nie odpowiada. Dieduszka zarządza wyłamanie zamka. Saszka szybko sobie z tym poradził, wchodzą, a na sedesie śpi babcia. Przenoszą ją i układają troskliwie na łóżko (a nie jest to łatwe). Sytuacja nieprzyjemna, odwiedziny trzeba kończyć. Alkohol pokrzyżował mi badania naukowe, trudno. Jeszcze tylko dochodzi do spięcia między Swietą a dziadkiem. Zapytała tylko, co z daczą, czy jeżdżą tam jeszcze. – Ja już stary jestem, sił nie mam tam cokolwiek zrobić, Igorowi zapisałem, on tam teraz gospodarz.... – To jak to, to ja mam syna, on prawie jak Twój wnuk, jemu trzeba było 17 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 zapisać... Jak tak można?.. – Jest podpita, więc też sobie pozwala. Dieduszce to wystarczyło, widocznie drażliwy temat, podniósł laskę i próbował jej przyłożyć, przy czym leciały epitety: swołocz, suczara, paszła ty, ubiju, ty taka... Kończymy imprezę. Zrozumiałem teraz, czemu Ukraińcy, gdy gości żegnają, na koniec zawsze dodają: „przepraszamy, że bez draki”. Wychodzimy. O dziwo Dieduszka żegna mnie bardzo serdecznie, ściska i wręcza niewypitą butelkę wódki. – Wypij sobie, twoja zdobyczna... jak będziesz miał ochotę, wpadnij, to ci poopowiadam jeszcze... 18 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 TAK SIĘ PIJE NA UKRAINIE Któregoś pięknego, słonecznego i upalnego dnia naszła mnie ochota napić się zimnej wódeczki, przegryzając bułeczką z czerwonym kawiorem. Zapowiadało się całkiem wolne popołudnie i wieczór, moi podopieczni odpoczywali po trudach ciężkiej wyprawy w Step Akermański, więc dlaczego właściwie nie? Ale przecież nie będę pił sam. W Odessie nie ma zbyt wielkiego problemu ze znalezieniem towarzystwa do butelki, więc i mnie się udało. Kwatery wynajmowały nam dwie kobiety, mama z córką. W ciągu dnia pracowały na okolicznym bazarze, jedna sprzedawała w kiosku z kosmetykami, druga z pamiątkami odeskimi (nota bene identycznymi, jakie mój syn przywiózł sobie z Mrzeżyna). Przechodziłem tamtędy i wpadłem na pomysł, żeby może napić się wieczorem z nimi. W końcu to nasze gospodynie, dbają o nas, trzeba je jakoś uhonorować. Zaproszenie przyjęły z zadowoleniem, trochę tylko krępowały się tym kawiorem, bo uchodzi za drogi rarytas. – U nas to się nazywa „carska kolacja”. Tylko nie kupujcie tu – zastrzegła młodsza. – Jak zamkniemy sklepiki, to podejdziemy trochę dalej, ja zaprowadzę, tam jest taki duży market. Taniej i wybór dużo większy. Tak gdzieś o 18, dobrze? I tak zrobiliśmy. Spacerkiem przeszliśmy sobie do supermarketu takimi skrótami, że w pojedynkę pewnie bym się nie odważył. Nabyłem bułeczki, masełko, jakieś piwko, papieroski, KAWIOR, butelkę dobrej wódki (którą nieśmiało proponowała Młodsza, chyba ze względu na cenę). Wracając, postanowiliśmy podjechać te dwa przystanki tramwajem. Na przystanku siedziała kobieta, trzymała papierosa jak prawdziwa dama. Umalowana, uczesana, tylko alkoholu nadużyła za dużo. Ludzi zagadywała, wydając z siebie takie dźwięki, że bez tłumacza nie pojmiesz: 19 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – Eeeee aaaaaa, buuuuuuaaaaa, da. – I bądź tu człowieku mądry, czego ona chce. Na wprost niej siedział mężczyzna, elegancki, w drogiej koszuli, w ręku trzymał butelkę wódki. To były całe jego zakupy. Kiedy wzrok zawodzącej kobiety skierował się na niego, podniósł flaszkę, pomachał nią przed jej nosem i zapytał: – Wodki popijosz? – Dawno nie widziałem takiego szczęścia w czyichś oczach, aż zaniemówiła. Ale minęło kilka minut, dotarło do niej, że facet robi sobie z niej jaja, i dopiero się zaczęło...: – O ty durak, buuuuaaaaa, da...ooooooaaaaaa... Akurat przyjechał tramwaj, więc nie widziałem finału. Zasiedliśmy w pokoju pełniącym funkcję jadalni, dziewczyny nakryły stół, zmroziły wódeczkę, bo na dworze było około 40 stopni. Spojrzałem na butelkę, na te drobne kobiety i zaproponowałem, że wyskoczę jeszcze do sklepu obok, wezmę jakiś sok, colę.... – A po co? Wam się chce Coca-coli? – zdziwiła się młodsza. – Nie, to dla was – odpowiadam, mając przed oczami nasze damy wymyślające drineczka z sokiem takim a takim, no może ewentualnie z colą, a może w ogóle jeszcze coś innego, byle nie czystą... – A nieeeeee... – Zaczęła się śmiać. – Mineralna jest, jakby co! W miłej i przyjacielskiej atmosferze posiedzieliśmy sobie do bardzo późnego wieczora i powiem szczerze, kobiety dotrzymywały mi pola. W międzyczasie pojawił się jeden z moich podopiecznych i był nieco zdziwiony. W końcu wszystko się pokończyło, a upał i zmęczenie też zrobiły swoje. Starsza pożegnała się i poszła do siebie piętro wyżej, ale młodsza mieszkała kilka ulic dalej. Mąż był na nocnej zmianie, a w mieszkaniu tylko teściowa ze swoją córką. Przyjechały ze wsi spod Nikołajewska posiedzieć młodym trochę na głowie. O teściowej słyszałem, że też za kołnierz nie wylewa, tylko z gotówką problemy. O tej porze śpi już na pewno, więc my, jako dżentelmeni, zadecydowaliśmy szarmancko, że odprowadzamy młodszą do 20 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 domu. Zgodziła się chętnie i prowadziła nas tak, że akurat po drodze zahaczyliśmy o sklep monopolowy. Zza żelaznej kraty, przez mały otwór nabyliśmy jeszcze kilka butli (chyba 1,5l) piwa. W domu teściowa i córka owszem spały już, ale kiedy w mieszkaniu pojawili się goście wraz z piwem, momentalnie w szlafrokach zasiadły za zastawionym stołem. W kieszeni miałem jeszcze paczkę mołdawskich papierosów bez filtra, którymi można się było raczej najeść, niż napalić (kupiłem z ciekawości), i darowując je Wali-teściowej, sprawiłem jej ogromną przyjemność. Długo jeszcze słyszałem, jak to Wali podobało się u synowej. W nocy przyjdą, piwka i papierosków przyniosą. Raj w tej Odessie! 21 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 PO ŻELAZNEJ DRODZE Bardzo lubię ukraińskie pociągi. We wszystkich krajach dawnego Związku Radzieckiego kolej chyba pozostała niezmieniona. Szerokie tory, wielkie, wysokie przestronne wagony, wysuwane schodki i poręcze wycierane przez obsługę na każdym postoju, żeby przypadkiem pasażer się nie zmęczył i nie pobrudził. (Mam tu na myśli tylko pociągi dalekobieżne, bo takie kursujące na krótszych trasach nazywane są „elektriczką”.) Pociągi są dłuuugie i często ciągną je dwie lokomotywy. Na każdy wagon przepada jeden opiekun-prowadnik, ale przeważnie to prowadnica, czyli kobieta. Do jej obowiązków należy kontrola i opieka nad pasażerem, wpuszcza go do wagonu (bo bez biletu do tego pociągu nikt nie wsiądzie, no chyba że osoba odprowadzająca, ale też tylko za zgodą prowadnika), wydaje pościel, robi herbatę albo kawę, u niej często znajduje się mini bufecik, gdzie podróżny zaopatrzy się w jakieś przekąski, ciasteczka, wafelki, czekoladki, piwko, a czasami podobno nawet coś mocniejszego... Jest to taki konduktor-opiekun, postać bardzo ważna dla pasażera w trakcie jego podróży. Prowadnik jest oczywiście umundurowany, więc odpowiedzialny jak urzędnik na służbie. Nie ma pierwszej i drugiej klasy. Najtańsza i najpopularniejsza to plackarta. Wagony otwarte, bez przedziałów z miejscami leżącymi. Wzdłuż korytarza wnęki z czterema kuszetkami, dwie na dole, dwie na górze i pod oknem naprzeciwko również dwa miejsca, oczywiście leżące. Lepsze wagony to kupe, czyli normalny przedział z czterema miejscami do spania. W każdym wagonie znajduje się samowar, a w zimie prowadnik pali w piecu umieszczonym w korytarzu przy przejściu za toaletami. Na dalszych i poważniejszych trasach, czyli między dużymi miastami, ważnymi, stolicami, kurortami itp. bywają też wagony LUX. Nie we wszystkich pociągach podczepiony jest wagon restauracyjny i pozostaje nam ratować się na postojach lub u prowadnicy. 22 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Ludzie są przyzwyczajeni do kilkunastogodzinnych i dłuższych podróży. W pociągach przebierają się w kapcie, dresy, po domowemu, śpią, rozmawiają, ale tak po cichu, żeby nikomu nie przeszkadzać. Jedzą, a jeśli piją, to też bardzo spokojnie i nieuciążliwie dla otoczenia. Problem bywa tylko z paleniem. Do niedawna w każdym pociągu, w przejściu między wagonami, znajdowały się popielniczki, a teraz obowiązuje oficjalny zakaz. I pasażerowie... palą dalej, prowadnice rozumieją problem, nic nie mówią albo ostrzegają, bo to jednak przepis i mandat można dostać. A ponieważ na Ukrainie większość ludzi wciąż pali, więc faktycznie stanowi to problem. Naród zmuszony jest łamać przepisy i łamie, bo kto wytrzyma kilkanaście godzin bez dymka? Podróżując często ukraińskimi pociągami, widziałem już niejedno, prowadziłem wiele rozmów, poznałem naprawdę dużo ciekawych ludzi, cały przekrój społeczeństwa. Rozmowy o polityce, o świecie, o wszystkim i o niczym, jak to zwykle w podróży. Wsiadam we Lwowie. Pociąg już podstawiony, ja jadę do Z, ale pociąg jedzie dalej, aż do Symferopola, czyli na Krym. Lwów-Symferopol, skład elegancki, czyściutki, wagon restauracyjny. Prowadnica ładna, młoda dziewczyna sprawdza bilet i kieruje mnie na moje miejsce. Jadę plackartą, miejsce nieciekawe pod oknem, dolne na korytarzu, czyli nie we wnęce z kuszetkami. Nade mną też ktoś będzie spał, ale to nieistotne, ważne, że mam bilet i jadę, zależało mi bardzo, żeby pojechać akurat tym pociągiem i dotrzeć na czas. Chowam bagaż, zajmuję miejsce. W kuszetce na wprost mnie jakiś wąsaty facet, brunet w średnim wieku, rozkłada pościel i układa się do spania. Obok dwóch młodych ludzi, jeden z dziesięcioletnią córką, również ścielą kuszetki. Pociąg odjeżdża o 9.47 rano, a oni idą spać? Ja mam za sobą noc w podróży, ale mimo wszystko nie usnąłbym. Pasażerów w wagonie niewielu. Wąsaty brunet już chrapie, obok chłopaki jeszcze rozmawiają, a córka leży i naprawdę śpi. Za chwilę jeden z nich również wdrapuje się na swoją kuszetkę i szybko zasypia, drugi gdzieś wychodzi. Siedzę i myślę. Jak zawsze jestem pod wrażeniem 23 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 lwowskiego dworca. Piękny. Pamiętam go z opowieści dziadków. Zawsze słyszałem, jaki to był wspaniały dworzec... W czasach sowieckich jak wszystko podupadł, ale teraz po remoncie wrócił do świetności. Piękne sztukaterie, sufity, kamieniami wyłożone ściany i podłogi... A przede mną jeszcze jakieś 20 godzin jazdy. Zastanawiam się, co robić. Kilka godzin na pewno pośpię, ale póki co? Pomału dosiadają się pasażerowie. Zajmują miejsca, przebierają się... wszyscy po domowemu .Widzę mężczyznę w eleganckim garniturze, wychodzi do toalety, a wraca w dresiku i w kapciach, nie do rozpoznania. Korytarzem przechodzi dziewczyna z wagonu restauracyjnego, pcha wózek. Piwo, czipsy, orzeszki, słodycze. Myślę, napiję się piwka, może dwóch, trzech i spać pójdę, czas jakoś zleci. Wybieram piwko, płacę, ładna dziewczyna w białej bluzeczce i czarnych spodniach pięknie się uśmiecha i podaje mi butelkę. Już odchodzi, ale piwo dostałem nieotwarte. Może zapomniała, może ma otwieracz, więc proszę ją o pomoc. Z pięknym uśmiechem wraca do mnie, bierze butelkę i szybkim uderzeniem o obręcz okna otwiera, kapsel spada gdzieś na podłogę, a ona podaje mi piwko, jeszcze raz błyska zębami w uśmiechu i znika. Sączę napój chmielowy pomału. Następna większa stacja – Tarnopol. Wsiada dużo ludzi. Na wprost mnie lokuje się małżeństwo. Zaczyna się krzątanina, na stole ląduje pieczona kura, worek kiełbasy, słodycze, termosy, napoje i oczywiście butelka wódki. Ponieważ Wąsal na wprost nich cały czas śpi, spoglądają na mnie i zapraszają. – Dawaj do nas! Trochę mi głupio, ale nie ustępują, więc się dosiadam z moją marną buteleczką piwka. – Wasyl – przedstawia się mężczyzna i wyciąga rękę – a to moja żona, jedziemy do mojej siostry na Krym na 60 urodziny. – Nalewa mi kieliszek i częstuje wszystkim, co na stole. Nie mam prawa odmówić, byłby to straszny nietakt. – Po ukraińsku rozumiesz? – Tak, bez problemu. 24 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Wypijamy buteleczkę. Najadłem się już świeżych domowych wyrobów, pora odpocząć. Wraca jeden z braci, był w wagonie restauracyjnym. Nawiązujemy rozmowę, okazuje się, że to Lwowiak, a brat, który zasnął, mieszka na Krymie. Udają się do Jałty do pracy, a córka, gdy się dowiedziała, że jest możliwość pojechać nad Morze Czarne, uparła się i nie odpuściła. Nie było wyboru, musieli ją zabrać. Igor, bo tak ma na imię mój nowy kolega, chce ze mną rozmawiać po polsku. Rozumie wszystko, mówi też bez akcentu, ale brakuje mu słów. W międzyczasie budzą się Wąsal i rodzina Igora. Zaczyna się robić coraz ciekawiej i przyjemniej. Biesiada podróżna. Dosiada się współpasażerka, zajmuje miejsce nade mną. Bardzo ładna młoda dziewczyna. Sportsmenka, jedzie na urlop do domu, z miasta, którego barwy reprezentuje w klubie sportowym. Jedzie tak jak ja do Z, więc dogadujemy się, że gdybym przysnął, to dopilnuje i mnie obudzi, żebym nie zajechał na Krym, co byłoby wielce prawdopodobne, bo nie spałem już prawie dwie noce, a impreza się rozkręca. Wasyl z Wąsalem popijają i nas z Igorem też ugaszczają. Przypominam sobie, że mam w torbie czekoladowe cukierki, zdążyłem kupić we Lwowie na bazarze, bardzo smaczne i na warunki ukraińskie dość drogie – towar wręcz luksusowy. Wyciągam je, częstuję, ale za wyjątkiem córki Igora, która z zachwytem się za nie zabiera, wśród innych nie cieszą się zainteresowaniem. Biesiadnicy wolą coś konkretnego pod butelkę, a sportsmenka odmawia, bo dieta. Alkoholu zresztą też nie tyka, ale nie przeszkadza jej i jak wszyscy pozostali współpasażerowie wykazuje się zrozumieniem sytuacji. Nikogo zresztą nic nie gorszy, prowadnica też spogląda wyrozumiale. Przyzwyczajona pewnie do rozmaitych podróżnych. Po korytarzu kursuje dziewczyna z wagonu restauracyjnego ze swoim wózeczkiem. Też już zaprzyjaźniła się z nami. Wąsal okazuje się lekarzem wojskowym. Bardzo sympatyczny, mówi tylko po rosyjsku. Rozmowa toczy się więc w trzech językach, bo Igor cały czas upiera się szlifować swój polski. Podróż mija szybko i przyjemnie. Za długo siedzimy, pora już obiadowa, postanawiamy z braćmi przespacerować się trochę. Dochodzimy do wagonu restauracyjnego. Tu wita nas uśmiechem nasza 25 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 znajoma, ta, która chodzi z wózkiem po korytarzu. Wagon bardzo przyzwoity, białe obrusy, ceny przystępne. Do obiadu najpierw Igor, a potem jego brat przynoszą po karafce. Wódkę zamawia się tu na gramy, to znaczy można wziąć 100, 200, 300 itd. Podaje się zamówioną gramaturę w karafce a do tego stawia odpowiednią ilość kieliszków. Panie z baru również zaprzyjaźniają się z nami. Wracamy na nasze miejsca. Zabrakło im napitku. Siedzą spokojnie i rozmawiają o wszystkim i o niczym. Dokupują po piwku, bo akurat pojawia się koleżanka z wózkiem. Myślę sobie – taka fajna dziewczyna, Ukrainka, i znalazła pracę w WARSIE, udało się jej. Po chwili dopiero dociera do mnie, że jestem na Ukrainie i to raczej nic dziwnego, że w ukraińskim pociągu pracują Ukrainki. Oho! Trzeba zbastować z tym alkoholem! Zatrzymujemy się na jakiejś stacji. Postój trochę dłuższy. Wychodzimy na peron, jak zresztą wielu pasażerów. Ze wszystkich stron zjawiają się nagle sprzedawcy z wózkami: pierożki, piwo, ryba, wszystko co może być potrzebne w podróży. Zaczynają się zakupy. Sam planuję coś kupić, ale nie bardzo daję sobie radę z targowaniem, nie czuję się w tym mocny. Daję 50 hrywien Igorowi, ten wymawia się, ale w końcu chowa do kieszeni i przystępuje do akcji, zaczynając ostrą polemikę z jedną z babuszek. Widzę, jak nasz Wąsal doktor chowa już butelkę wódki do kieszeni. Igor też się dogadał, bo wraca już do wagonu z gorzałką i chyba metrową wędzoną rybą nieznanego mi gatunku. Ruszamy w drogę. Zakupy na stole, ryba fachowo pokrojona w dzwonki, całkiem smaczna. Oczywiście odwiedzamy jeszcze raz wagon restauracyjny. Tu nasza znajoma od wózka wciska mi butelkę koniaku, cena i tak dużo niższa niż w naszym sklepie, więc się decyduję. Szybko na stole lądują kieliszki i ku mojemu zdziwieniu do mojego koniaku zasiadają również szefowa restauracji i jeszcze jakaś kobieta w fartuchu, chyba pracownica. Oczywiście nasza koleżanka wózkarka też. Butelka na długo nie starcza, bo kobiety pociągają szybko, nie mają czasu na posiedzenia, są przecież w pracy. Jedynie Igor nie próbuje, twierdzi, że na koniak jest za młody. Wreszcie zapada wieczór, przygaszają światła, pasażerowie już śpią. My też zapadamy w drzemkę. 26 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Zmęczenie i procenty. Po jakimś czasie otwieram oczy. Wszyscy chrapią na siedząco, jedynie Igor na wprost mnie nie śpi i ma bardzo przerażoną minę. – Co się stało? – pytam – Pociąg jedzie w drugą stronę, przedtem siedziałem przodem do kierunku jazdy, teraz tyłem... – Widać po nim widać, że nie może zrozumieć, jak to możliwe i co się stało. Ale jednak zauważył, znaczy nie był aż tak pijany. – I co? Myślisz, że nas porwali? Albo zamienili pociągi? – żartuję. – Nieznaju! – odpowiada. I duma. – Pośpijmy – mówię i siadam na swojej kuszetce. On też wdrapuje się na swoją. Budzi mnie światło. Nade mną stoi moja sąsiadka Sportsmenka i już pakuje torbę. – No i dojechaliśmy, zaraz będzie Z – mówi do mnie. – A pan nic nie pospał, tak tylko na siedząco trochę. – Widać, że się martwi, tam są bardzo dobre i wyrozumiałe kobiety. Rozmawiamy jeszcze chwilkę, 4 rano, dojeżdżamy, pomagam jej wypakować bagaż. Jedynie Igor złazi ze swojej pryczy i podaje mi rękę na do widzenia. Cała reszta towarzystwa śpi snem sprawiedliwych. Sportsmenkę odbiera mama, mówimy sobie „spasiba i dasfidania” i każdy rusza w swoją stronę. Tak minęło prawie niespostrzeżenie 20 godzin jazdy. Ja muszę jeszcze zaczekać na dworcu około godzinki, zanim ktoś mnie odbierze, tak się umówiliśmy. Znajduję toaletę dworcową, ale nie mogę skorzystać, bo akurat panie myją podłogę i mnie przeganiają. Idę więc do damskiej i nikogo to nie dziwi. Przypominam sobie ten rosyjski dowcip, jak to facet musiał, tak jak ja w tej chwili, skorzystać z damskiej toalety. Stoi z rozpiętym rozporkiem, a wpada ktoś z obsługi i krzyczy: „Towarzyszu, to dla kobiet!”, a on się odwraca z tym rozpiętym rozporkiem i pyta: „A co? A to nie dla kobiet?”. Zaczekam na dworcu. Na każdym znajdują się poczekalnie i przynajmniej jeden bar. Jest też tzw. „poczekalnia o podwyższonym standardzie”, gdzie płaci się za wstęp lub za każdą godzinę oczekiwania. Tam są wygodne fotele, w zimie zawsze jest ciepło, gra 27 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 telewizor, ochrona. Można nawet spokojnie i bezpiecznie się przespać. W poczekalni spotykam współpasażerów. Ojciec i syn, nie brali udziału w naszej biesiadzie, ale na korytarzu kilka razy rozmawialiśmy. W Z. mieli się przesiadać. Dołączają do mnie i widać, że coś ich gnębi. – Zabrakło nam na bilet, nie wiedzieliśmy, że ceny podnieśli. Trzy ruble – mówi ojciec. Często ludzie pamiętający Związek Radziecki na hrywnę mówią rubel. Przez sentyment chyba. Wychodzę do kiosku, kupuję papierosy, po to tylko żeby rozmienić pieniądze, i wręczam im 5 hrywien oraz kilka papierosów. Nie dowierzają, są zdziwieni. – Hwatit? – pytam – Hwatit, hwatit. – Obściskują mnie i biegną do kasy. Niedawno opowiadał mi kolega ze wschodniej Polski, jak to jego ojciec postanowił spędzić urlop na Krymie. Znajomi zawieźli go do Lwowa, kupili bilety i wsadzili do pociągu (chyba tej samej relacji, czyli Lwów-Symferopol). Miał mnóstwo obaw, jak to będzie. Ktoś mu doradził: – Daj konduktorowi 100-150 hrywien, żeby się tobą zajął, zadbał o czystą pościel itp. Próbował dać, ale ten nie wziął. I tak wszystko było w porządku. Opowiadał potem: – Przyjechał długi pociąg, dwie lokomotywy i pociągnął, wszystko było super! Podobno też odbyła się imprezka, zapraszali go, bał się, ale w końcu się przełamał. Od tej pory jest wielkim propagatorem spędzania urlopu na Ukrainie. Czy to Morze Czarne, Krym czy Karpaty. Nie zawsze jednak bywa tak przyjemnie... Zmęczony wsiadam, prowadnicy (bo to pociąg dalekobieżny i jest ich dwoje – mężczyzna i kobieta, jadą długo i zmieniają się w obowiązkach co kilka godzin) 28 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 wskazują mi miejsce, tym razem droższe kupe. Mam górną kuszetkę. Nie spałem długo, więc pokręciłem się trochę i kładę się na łóżko. Wagon prawie pusty, a w moim kupe jeszcze nikogo. Zmęczenie bierze górę i zasypiam. Budzę się z bólem głowy i dziwnym smakiem w ustach. Godzina chyba 16, więc przespałem jakieś 6-7 godzin. Coś jest nie tak. Sięgam do kieszeni wewnętrznej, nie ma karty kredytowej. Zgodnie z zasadami dokumenty i gotówkę porozkładałem po różnych kieszeniach... paszport jest, pieniądze, portfel w kieszeniach spodni też... brak tylko karty... Trzeba zgłosić, żeby nie było potem problemów. Idę do prowadników. Opowiadam wszystko. Twierdzą, że właściwie nikogo obcego nie zauważyli w wagonie, ale mógł ktoś przechodzić. Przecież to złodziej pilnuje ofiary. Po moich objawach, tj. bólu głowy i niesmaku w ustach, stwierdzają, że najprawdopodobniej dostałem „balonik”. To znaczy śpiącemu przykłada się do nosa jakiś środek „mocniej” usypiający, najczęściej właśnie w baloniku. Prowadnicy wzywają przez radio milicję. Na najbliższej stacji ma ktoś się zgłosić. Nie dowierzam, ale faktycznie na peronie już czekają. Dwóch oficerów operacyjnych-operatiwniki, jeden w cywilu, drugi umundurowany. Jeden młody, postawny, drugi trochę starszy, obaj w drogich skórzanych kurtkach. Wzbudzają zaufanie, ale też respekt. Zaczynają przesłuchiwać mnie i prowadników, obszukują wagon. Pociąg rusza, a oni jadą z nami. Wynajdują jakiegoś pana zalanego w trupa, który podobno kręcił się między przedziałami i ku mojemu zdziwieniu dokładnie go rewidują. Kazali mu się rozebrać do majtek... Wygląda podejrzanie i nieciekawie, ale on raczej nie ma z tym nic wspólnego. Dzwonią ciągle telefony. Operatiwniki do kogoś, ktoś do nich. Okazuje się, że na moją kartę, ktoś już kupił telewizor plazmowy. Jak to ustali, nie wiem, ale potrzebuję już zaświadczenie o kradzieży do banku. Wypełniam dokumenty, podpisuję, młodszy z oficerów informuje mnie, że w tej chwili to podpada już pod „sprawę kryminalną” i ktoś tam zacznie to jutro prowadzić. Ja dostanę wszystkie dokumenty na adres domowy do Polski. Mam prawo potem domagać się odszkodowania od ukraińskich kolei i takie tam... Właściwie to wymuszam na nim, żeby wystawił od ręki jakieś 29 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 zaświadczenie. W końcu wystawił i bogu dzięki, bo informacja i dokumenty do Polski do dnia dzisiejszego nie dotarły. Widocznie jeszcze prowadzą to kryminalne śledztwo. Na odchodne młodszy oficer wyraża swój żal i ubolewanie, że tak się stało, mówi, że Ukraina nie jest wcale taka zła itp. Ma rację. Właściwie to przecież mogło się zdarzyć wszędzie, kradzieże w pociągach to nic niezwykłego. To była moja wina, nie powinienem zasypiać w pustym przedziale. Ale trudno, stało się. Do końca podróży pozostałem pod czułą i serdeczną opieką prowadników Stiopy i Hałki, za co im jestem ogromnie wdzięczny. Prowadnice bywają bardzo różne, ale z reguły są sympatyczne. Nie raz nawiązywałem rozmowy, zazwyczaj opowiadały, jak to ciężko żyć w takim kraju jak Ukraina, ile zarabiają, o rodzinie, o znajomych. Mnie oczywiście wypytywały, co tu robię, jak jest na zachodzie, bo Polska to dla nich już zachód. Jeżdżąc na tych samych trasach, już się rozpoznajemy, witamy i pozdrawiamy niczym starzy znajomi. Ostatnio wsiadam do wagonu, tym razem trafiam na mężczyznę. Też bardzo przyjemny chłopak. Zostało jakieś 20 minut do odjazdu, to wychodzę jeszcze na powietrze, na peron. Patrzę w lewo – sąsiedni wagon obsługuje znajoma. Pamiętam, jak częstowałem ją polską kawą i herbatą, a ona mnie ciasteczkami. Zauważa mnie, kłaniam się, podchodzi i zaprasza do siebie na herbatkę, gdy ruszymy. Potem patrzę w prawo, a tu też znajoma. Ta znowu mieszka w Z. na ulicy Wrocławskiej, jej córka pracuje w Niemczech, ostatnio, gdy wysiadałem, prosiła: ,,przekażcie ode mnie polskiej ziemi pokłon”, a pochodzi zdaje się z Moskwy. Jako nałogowy palacz problem z zakazem palenia doskonale rozumiała. Przed każdym dłuższym postojem szła przez swój rewir i informowała palaczy, że zaraz będzie postój, tyle i tyle minut, i można spokojnie wyskoczyć na peron na papierosa; albo nawet w nocy, że co prawda to nie żadna stacja, ale pociąg będzie stał jakiś czas w polu, to otworzy drzwi i w korytarzu pozwoli zapalić. Też mnie zauważa, witamy się: – Zapraszam do mnie w gości wieczorkiem, herbatki się napijemy. – Ileci gdzieś dalej wzdłuż wagonów. 30 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Przy tylu zaproszeniach ta podróż też może szybko zlecieć. Nie korzystam jednak. Zapadam się w kuszetkę z ciekawą książką i czas jakoś mija. Drugiego dnia rano, jakąś godzinę przed przyjazdem do stacji docelowej, nagle w korytarzu pojawia się ta z prawego wagonu. Teraz to się dopiero ze mną wita! Łapie i ściska za szyję, obejmuje... – A dlaczego w gości nie przyszedł? Wstydził się ? – pyta z uśmiechem. Tłumaczę się chyba chorobą czy bólem nerek, życzy mi zdrowia i rozstajemy się. Niedługo znów się spotkamy, bo na tej trasie podróżuję często. Lubię patrzeć przez okno "pędzącego" pociągu. Ukraina jest piękna, duża i oferuje widoki zróżnicowane, zależnie od okolic. Pagórki, lasy to za Lwowem. Karpaty i step. Wielkie przestrzenie. Czasami nie widać nic na horyzoncie. Miasteczka i wioski. Maszerujące stada kaczek i gęsi. Na wszystkich mijanych stacyjkach ludzie z towarem próbują coś sprzedać. Raz mijaliśmy miejscowość, w której chyba musiała być fabryka zabawek, bo wszystkie stragany zawalone były pluszakami wszelkich rozmiarów. Niektóre większe od samych sprzedających. Czytam napisy na mijanych dworcach, staram się zawsze skojarzyć, czy wiem coś o danym miejscu. Tarnopol,o wiadomo, masa repatriantów, dawne polskie województwo itp. Winnica, kwatera Hitlera na wschodnim froncie, teren działania agenta sowieckiego Kuźniecowa, tu Hans Kloss przebierał się w mundur niemieckiego porucznika i szerzył dywersję. Szewczenko to chyba od nazwiska poety Tarasa Szewczenki... Ot, takie ćwiczenia pamięci i szarych komórek... Zaporoże też łatwe, kozacy, Chmielnicki, „Ogniem i mieczem”... Ciekawa tu wszędzie historia, wiążąca się z Polską, z sowietami i nie tylko... Czego ta ziemia nie widziała: Tatarów, Turków, kozaków, Połowców, zbrojne chorągwie Rzeczypospolitej, pancerne zagony niemieckie i sowieckie, partyzantów polskich, 31 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 sowieckich, rezunów UPA. Można tak wymieniać bez końca. Powstało o tym wiele książek, filmów, opracowań i prac naukowych. W ślimaczym tempie przejeżdżamy przez jakąś mieścinkę. Już niedaleko do Lwowa. Odsuwam zasłonkę i tłumaczę nazwę na polski, Zadwórze. Kojarzę taką pieśń „Kwiaty Zadwórza, czy pamiętacie” i dalej szło „Termopile, polskie Termopile, to ofiara młodej polskiej krwi, pod kurhanem we wspólnej mogile wolna Polska harcerzom się śni”. Tak, to musi być tu. Miejsce bitwy z bolszewikami. „Wyszło ich ze Lwowa ponad trzystu, by zatrzymać Konnej Armii trzon, obronić Polskę od bolszewizmu....” i jakoś dalej. I rzeczywiście. Zaraz stacją rzędy niskich wojskowych białych krzyży i jeden wysoki. Cmentarzyk. Wszystko odnowione, wysprzątane i zadbane. Zadwórze było traktowane jak dalekie strategiczne przedpole Lwowa. Podczas wojny polsko-bolszewickiej, kiedy Konarmia Siemiona Budionnego zbliżała się do miasta w celu opóźnienia jej marszu, wyruszył oddział 330 Obrońców Lwowa ze zgrupowania rotmistrza Romana Abrahama – młodzi ludzi, ochotnicy, często jeszcze uczniowie, harcerzy, Orlęta Lwowskie, w tym wiele dziewcząt. Dowodził kapitan Bolesław Zajączkowski. Przemieszczali się wzdłuż linii kolejowej. Znienacka zostali ostrzelani z broni maszynowej, od strony Zadwórza zajętego już przez bolszewików. Polacy formują trzy tyraliery i nacierają. Obok stacji stoją sowieckie działa. Porucznik Antoni Dawidowicz prowadzi pluton, chce je zdobyć. Wtedy z lasu szarżuje sowiecka kawaleria. Polacy odpierają natarcie i kontratakują. W południe zdobywają stację kolejową, która potem w wyniku zaciętych starć przechodzi z rąk do rąk. Żołnierze polscy zajmują również pobliskie wzgórze. Odparto kilka szarż bolszewików. Zaczyna brakować amunicji. Ze Lwowa nadlatują trzy polskie samoloty. Atakują nieprzyjaciela bombami i ostrzałem z karabinów maszynowych. Przybywają kolejne oddziały bolszewików i zacieśniają okrążenie. Polaków ostrzeliwuje ciężka artyleria. Kończy się amunicja. W ruch idą szable, bagnety i kolby. Ocalałych około 30 ludzi wraz z kapitanem Zajączkowskim próbuje przebić 32 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 się do pobliskiego lasu. Otoczeni w pobliżu budki dróżnika podejmują jeszcze walkę na bagnety i kolby. Nie mają jednak szans. Sowieci wściekli dobijają ich szablami i bagnetami. Aby uniknąć niewoli kpt. Zajączkowski i kilku żołnierzy popełniają samobójstwo. Ginie 318 Lwowskich Orląt. Nieliczni trafiają do niewoli. Zwłoki są obdarte z odzieży i ograbione. Strasznie zmasakrowane, nie ma możliwości identyfikacji. Wśród poległych jest kawaler Krzyża Walecznych i Virtuti Militari Konstanty Zarugiewicz, dziewiętnastoletni uczeń, obrońca Lwowa z 1918 roku. Jego matka wybiera później trumnę ze szczątkami N.N, która następnie zostaje umieszczona w Warszawie w Grobie Nieznanego Żołnierza. Wszystkich poległych pochowano właśnie w pobliżu miejsca bitwy. Być może ich ofiara nie poszła na marne. Może faktycznie opóźnili atak na Lwów. Budionny 20 sierpnia odstępuje od swoich planów i kieruje się na pomoc Tuchaczewskiemu w okolicach Warszawy. Pod Komarowem w pobliżu Zamościa zostaje zatrzymany i całkowicie wycofuje się na wschód. Tu co krok to historia. Ta najbliższa, czyli najbardziej bolesna. Wspomnienia cudem ocalałych, w porę ostrzeżonych, często przez sąsiadów Ukraińców, ludzi, którzy wymknęli się mordercom UPA. Mógłbym przytoczyć setki przykładów. Czystki etniczne. Zbyt to brutalne i bolesne, aby tu o tym teraz pisać, ale trzeba pamiętać. Jesteśmy im to winni. Zwłaszcza teraz, kiedy zostali w imię jakiś wyższych niezrozumiałych przyczyn, układów i potrzeb politycznych zapomniani, a wręcz stali się niewygodni. Ich jedyną winą jest to, że zginęli z rąk „niewłaściwego” wroga, gdyby zabiło ich NKWD, byliby „wymordowaną elitą polską”, a tak są tylko „naszą trudną wspólną historią”... Podobnie traktuje się w pewnych kręgach konflikt i walki polsko-ukraińskie z lat 1918-1919. Polska oficjalnie przeprosiła za „Akcję Wisła” czy za Pawłokomlę. A czymś godnym pożałowania jest fakt, że prezydent Polski, zaproszony na obchody rocznicy rzezi wołyńskiej przez rodziny pomordowanych, odmawia, choć oficjalnie przyjmuje patronat nad odbywającym się w tym czasie w Sopocie „Tygodniem kultury ukraińskiej”. Nie tędy droga. Podajmy choćby taki 33 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 przykład. Kobieta zamordowana przez banderowców. Gardło podcięte kosą i zwłoki wrzucone do studni. W czasie I Wojny Światowej ta kobieta wraz z mężem, ludzie bardzo zamożni, zaopatrywali Legiony Polskie w żywność i wiele innego niezbędnego wyposażenia. Marszałek Piłsudski (tak hołubiony przez przedstawicieli pewnej partii) niejednokrotnie wyrażał im wdzięczność za okazaną pomoc, umożliwiając np. naukę ich dzieciom w elitarnych szkołach na koszt państwa. Dziś o grób tej kobiety patriotki nikt z nich się nie upomni. A gdyby poświęcić choć jedną tysięczną tej energii i zapału, jaką zużyto wobec ofiar Katynia... Ale po co? To my tworzymy historię! Efekty takiej polityki, wprowadzania nowej wersji historii, już są widoczne. Na popularnym portalu internetowym zobaczyć można takie zdarzenie. Obrońcy krzyża pod Pałacem Prezydenckim protestują, jednocześnie wyrażają się bardzo pogardliwie o ówczesnym rządzie polskim i oczywiście rosyjskim. W pewnym momencie jedna z obrończyń zaczyna śpiewać „Pieśń obrońcy Lwowa”. Śpiewa o Jurku Biczanie, poległym w 1918 roku w listopadzie w walkach o miasto, nieletnim ochotniku. „Krzyżowcy” chyba jednak nie mają pojęcia lub wiedzieć nie chcą o tym, że Jurek Biczan zginął w walkach z Ukraińcami. Jest tak jak w pieśni Lecha Makowieckiego „Wołyń 1943”: Czy spamiętasz Panie świata męczenników tych z Wołynia umierali z myślą o tej, która nigdy nie zaginie Polska o nich zapomniała, rozpłynęła się w oddali Czasem drżąca ręka starca świeczkę jeszcze tu zapali Porastają chwastem zgliszcza, groby toną w bujnej trawie Jutro już nie będzie komu świeczki za nich tu postawić. Opamiętajcie się, panowie i panie politycy! Przecież na Ukrainie zbrodni przeciw ludzkości nikt nie popiera! Może tylko jakaś marginalna część fanatyków, ale tacy zdarzają się we wszystkich krajach. Upominając się o pamięć i prawa 34 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 swojego narodu, nie stracicie niczego w oczach Ukraińców ! Przeważnie wszystkie swoje eskapady po Ukrainie zaczynam we Lwowie. Stąd łatwo i niedrogo można znaleźć połączenia ze wszystkimi miejscami dawnego imperium. Wspaniały, przepiękny dworzec świadczący o wielkości, bogactwie i znaczeniu miasta. Lwów to przecież stolicja Galicji. Mieszanka kultur, wielonarodowościowość. Często nazywany Paryżem czy Rzymem wschodu (Rzymem to dlatego, że również wznosi się na wzgórzach). Wiele o nim napisano, toczą się cały czas dyskusje nad jego statusem historycznym, kulturowym, narodowym. Ja przede wszystkim staram się go poznać po swojemu. Znam go od dziecka z opowieści dziadków, sąsiadów, znajomych. Zawsze wspominali go z zachwytem wręcz, czcili jako coś niepowtarzalnego, jedynego. Słyszało się też ironiczne, złośliwe uwagi o lwowiakach typu „chlib, mliko, tajojki, lwowskie chamstwo i prostactwo”, od ludzi pochodzących z innych stron naszego wspaniałego kraju, ale być może powodowała nimi zazdrość, kompleksy. Łatwo to udowodnić, ale nie czas i miejsce na to. A także nie ma najmniejszego sensu. W ich przypadku postępujmy tak, jak śpiewali lwowskie batiary w jednej z licznych, cudownych piosenek „a kto Lwowa nie szanuji naj nas w dupe pocałuji”. Do lwowskich korzeni przyznaje się w tej chwili tylu obywateli, że jak to policzył jeden naukowiec, miasto musiałoby przed wojną mieć około 6 milionów mieszkańców. Bycie lwowiakiem chyba ich w jakiś sposób nobilituje. Łatwo to wytłumaczyć. Lepiej jeśli przodkowie pochodzą z europejskiej metropolii, gdzie rozwijała się wspaniale kultura, nauka, architektura, jeździły elektryczne tramwaje, tętniło życie towarzyskie, ulica dyktowała style, modę, działały znane teatry, kabarety, niż z zacofanej wsi ukraińskiej, gdzie o toalecie, nawet takiej drewnianej, często nikt nie słyszał. Osobiście spotkałem się z przypadkiem faceta pochodzącego z rodziny niemającej pojęcia o czymś takim jak polskość we Lwowie – dla nich lwowianie byli 35 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 zawziętymi, wrednymi, zacofanymi, ewentualnie spolszczonymi Ukraińcami, którzy z przyczyn materialnych kiedyś przeszli na katolicyzm (ale jednak te straszne geny często biorą górę) – który pod wpływem swojej drugiej żony stał się prawdziwym batiarem i piewcą polskości kresowej. Oczywiście rodzina jego teściowej była najważniejszą, najbardziej popularną, wpływową i opiniotwórczą w Galicji. Wydała najlepszych prawników, posiadała niezmierzone bogactwa m.in. szyby naftowe w Borysławiu, o takich drobnostkach jak luksusowe automobile już nie wspominam. Cały czas słyszy się od niego, jak to smakuje karp po lwowsku, jak wygląda lwowska zastawa stołowa, jaki to w domu wisi piękny lwowski obraz... no i oczywiście, tu muszę zacytować: „mieszkali przed wojną we Lwowie w polskiej dzielnicy”. Jakiś czas temu wrzuciłem ten temat na jedno z for internetowych historycznych i do dzisiaj amatorzy historii, zawodowi badacze i historycy oraz dawni mieszkańcy łamią sobie głowę, gdzie znajdowała się dokładnie ta niby dzielnica polska. Koledzy z pracy (kiedy akurat pracował, bo jak u serialowego Ferdka nie zawsze w tym kraju jest praca dla ludzi z jego kwalifikacjami) mieli go za prawdziwego batiara. I na tym poprzestańmy, bo to temat na inną opowieść, być może fantastyczną, i pole do popisu dla psychologa lub psychiatry. Lwów więc do dzisiaj nobilituje i leczy kompleksy. Prawdą jest, że w dawnym Lwowie jak w każdym dużym mieście istniał również półświatek. Dziewczyny lekkich obyczajów, batiarka, kieszonkowcy, mordercy, złodzieje i włamywacze dżentelmeni, kasiarze. Koloryt tego pięknie oddają piosenki lwowskiej ulicy .Polecam: „Na Łyczakowskiej”, „Ballada o Białoniu”, „Na Batorego” i wiele, wiele innych. Mówiono nawet, że we Lwowie to tylko „kurwa i złodziej”. Taką scenkę opowiadał mi dziadek. – Wysiadam na dworcu we Lwowie, a tam prostytutki na peronie dorwały starego Żyda, zabrały mu kapelusz i grały nim jak piłką, podawały sobie, a on biedny miotał się od jednej do drugiej, skakał z wyciągniętymi rękami, próbował złapać i wołał: „aj, aj, aj, panie, oddajcie”. A babcia opowiadała: 36 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – Żyliśmy wszyscy razem, wspólnie. Miałam koleżanki Ukrainki i Żydówki. Jako dzieciaki biegaliśmy na jakieś ceremonie i do cerkwi, i pod synagogę, oni przychodzili do nas. Mieszkaliśmy niedaleko torów kolejowych, jeździł wtedy taki pociąg międzynarodowy, bardzo drogi i elegancki, Lux Torpeda. Patrzyło się na zegarek i leciało szybko na nasyp oglądać, jak przejeżdżał. „Chodźcie, zaraz będzie Lux Torpeda!!!” A torpeda tylko przeleciała i tyle ją było widać. Tamtego miasta już nie ma, ale Lwów nadal jest piękny i pasjonujący. Urokliwe zaułki, zakamarki i uliczki. Udawał Paryż w radzieckiej wersji „Trzech Muszkieterów”. Grała tam też Odessa, a Kamieniec Podolski znany nam z „Pana Wołodyjowskiego” był twierdzą La Rochelle. Wały Hetmańskie i opera. Przechodząc obok, zawsze przypomina mi się sowiecki film propagandowy z 1939 roku. Tędy właśnie przejeżdżają radzieckie oddziały wyzwolicieli, a tłumy mieszkańców wiwatują rozradowane, rzucając bukiety kwiatów. Lektor sączy umiejętnie propagandowy tekst. Kolejna scena to wiec pod pomnikiem Mickiewicza. Tu naród słucha uważnie i potakuje agitatorowi, nauczycielowi nowego prawa i historii. „Mickiewicz-nacjonalista. W swoich wierszach nawoływał do nienawiści do Ukraińców i Żydów. Te czasy już nigdy nie powrócą”. Tłumy uśmiechniętych mężczyzn i kobiet z walizkami w rękach idą w stronę dworca kolejowego – „bezrobotni lwowscy, a stanowili oni jedną trzecią mieszkańców miasta, odjeżdżają do pracy na terenie Związku Radzieckiego” . Jak, kogo i po co wywożono naprawdę ze Lwowa, wszyscy chyba dzisiaj dobrze wiedzą. Następny film, jaki widziałem, to już 1944 rok i przemawiający na Rynku marszałek Koniew. Do mieszkańców wtedy dotarło, że na zawsze pozostaną, jeśli chcą tu mieszkać, obywatelami radzieckimi. Tak będzie, po to ich oswobodzono. O udziale jednostek Armii Krajowej w walkach o Lwów – oczywiście ani słowa. Niedaleko opery, po drugiej stronie ruchliwej ulicy znajduje się restauracyjka, a właściwie lokal gastronomiczny, bo to określenie do tego typu przybytku bardziej pasuje. Cztery sale, samoobsługa, można tu niedrogo i całkiem przyzwoicie zjeść 37 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 wszelkiego rodzaju dania, deserowe także, a co najważniejsze pokrzepić się alkoholem. Często tu przesiaduję, zabijam czas. Bywa tu cały przekrój mieszkańców miasta, bo turyści raczej w takie miejsca nie zaglądają. Wpadają ludzie interesu w eleganckich garniturach z wiecznie dzwoniącymi telefonami i babuszki w chustkach na talerzyk barszczu. Młodzież świętująca urodziny przy butelce szampana, wręczająca młodemu jubilatowi prezenty, czy pary tak po prostu tylko na obiad. Bardzo często do każdego posiłku zauważam kieliszki i obowiązkowo karafkę. Ale cisza, spokój i kultura. Raz nawet popijali zdrowo kibice w szalikach, bo akurat grały „Karpaty”, i też zachowywali się jak normalni ludzie. Siedząc raz blisko baru, widzę wchodzących dwóch starszych panów, obaj pod krawatami. Czytają cennik za plecami kasjerki i jeden z lekkim zdziwieniem, widząc ceny napitków podane za 50 gram, pyta: – A po 100 nie można? – Można, można – odpowiada kobieta.. – A to proszę trzy razy po 100, trzy kawałki chleba... – Płaci, zabiera tackę i znika w małej sali z kolegą. Po kilkunastu minutach pokrzepieni zwracają tackę z pustym szkłem i wychodzą. I takie atrakcje można obserwować przez cały dzień. Właśnie tam, czytając i studiując wnikliwie potrzebne mi do czegoś wspomnienia przedwojennych oficerów, natrafiam na ich relacje dotyczące Lwowa. Na przykład Józef Kuropieska w swych „Wspomnieniach oficera sztabu 1934-1939” pisze: „W czasie postoju pociągu szkolnego któryś z kolegów zauważył, że w Polsce jest nadmierna liczba Lwowiaków, gdyż prawie co siódmy obywatel twierdzi, że pochodzi ze Lwowa. Po bliższym sprawdzeniu okazuje się, że jest obywatelem odległego miasteczka czy osady w powiecie trembowelskim czy borszczowskim. Nie tak jak nasz F. Goertz, co do którego nie ma wątpliwości, dzięki jego akcentowi i zachowaniu się, że dzieciństwo i młodość spędził w grodzie nad Pełtwią. Kończąc swą tyradę, kolega ów zapytał Goertza, jakie gimnazjum skończył we Lwowie. Ku zdziwieniu wszystkich przysłuchujących się ten odpowiedział: Ta gimnazjum ta ja 38 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 skończył w Sanoku. Najbliżsi rzucili się do niego, by go wyłaskotać, że nas tak długo swoim tajowaniem i akcentem radcy Strońcia – jednego z bohaterów Lwowskiej Fali – nabierał”. Kuropieska wspominał też swoją podróż słynną Luxtorpedą. Znowu generał Stanisław Maczek, rodowity lwowiak zresztą, w swoich wspomnieniach często wraca do rodzinnego miasta. Podczas swojego pobytu w Szkocji jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że nigdy w życiu tu nie przyjedzie. „Mieliśmy polskie teatry. Na czoło wysunęła się Lwowska Fala. Czy dlatego, że Lwów? Zajmowałem z rodziną mą duży dom w Cairnhill pod Forfar, oddany nam przez szczerze Polakom oddaną Right Honourable Miss Nancy Arbuthnot. A że dom był naprawdę obszerny – jak polski dwór – nie dziw, że po każdym występie Lwowskiej Fali dokończenie było u nas z wszystkimi aktorami i częścią widzów z Forfar. Nasza pieśniarka lwowska Włada Majewska i Mira Grelichowska, Budzyński, Wieszczek, Szczepcio i Tońcio, Strońć, Rapacki, Bojczuk, Henio Hausman z akordeonem i kuzyn mój Staszek Czerny, zanim przeszedł z teatru na czołg strzelców konnych”. Albo ten Lwów z czasów mojego dzieciństwa. Pojawiający się w opowiadaniach starszych. Bardzo często i w odniesieniu do wszystkiego. I opowiadania tych, którzy tam pojechali, bo pojawiła się taka możliwość, już w latach 60-tych, odwiedzenia bratniego ZSRR. Wyjazdy bardzo często o podłożu zarobkowym, dyskusje o tym, co można zabrać, a co przywieźć i jak zorganizować tam kupno wyrobów jubilerskich i tak chodliwego u nas złota. Pan T. Wspominał: „Jeździliśmy często. Jednego razu byliśmy na wycieczce autokarem. Na parkingu ukradli z autobusu reflektory. Wezwano milicję. Zjawił się funkcjonariusz z raportówką. – Co się stało? – Kierowca opowiedział o zdarzeniu. – Aha... – Milicjant wyjął z raportówki płachtę szarego papieru, z kieszeni kopiowy ołówek, popluł, torbę położył na kolanie i przystąpił do spisywania raportu. – Jakie to były dokładnie lampy? – Kierowca opisał jeszcze raz wszystko ze szczegółami. Raport gotowy, milicjant 39 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 postawił na nim jeszcze pieczęcie, aby nadać mu mocy prawnej i wręcza naszemu szoferowi. – A na co mi to?! Niech Pan złodzieja łapie! – Złodzieja ja już nie złapię, a to dla ciebie papier, żebyś ty wytłumaczył się i rozliczył przed polskimi władzami. Kolega miał zaporożca, psuł się, jak wszystkie samochody wtedy. Wiedział, że jadę do Lwowa, to dał mi jakieś 120 rubli i poprosił o kilka części. Nie można ich było kupić w sklepach, ale miejscowy skierował mnie do jakiegoś warsztatu przyzakładowego i kazał zwrócić się z tym do Olega. Tak zrobiłem. Oleg wysłuchał, czego potrzebuję, kazał poczekać, po jakimś czasie zjawił się z kartonem wypakowanym częściami i podał jakąś bardzo śmiesznie niską cenę, 20 rubli chyba, nie pamiętam dokładnie. Dałem mu 50, nie chciał przyjąć, ale nalegałem. Ten pomyślał chwilę jak fachowiec... – Czekaj, jak to zaporożec, to psuje się też często to i to, i jeszcze to – wymieniał po kolei – więc ja ci to wszystko dam, będzie na zapas. Poleciał i za chwilę wrócił, zaopatrując mnie jak należy. Kolega w Polsce był bardzo, bardzo szczęśliwy. Złoto też się woziło, jak się udało kupić. Raz chciałem medalik albo krzyżyk, ale ten, co nas zaopatrywał, skrzywił się. – U nas tego nie kupisz, możesz co najwyżej zapytać u popa w cerkwi. Poszedłem zatem do popa i mówię, że chciałem krzyżyk kupić dla matki albo medalik. Pop czystą polszczyzną odpowiedział: – Jeśli to dla matki, mogę podarować, bez żadnych pieniędzy, ale prawosławny, a myślę, że mamie raczej nie o taki chodzi. I nie skorzystałem. Pani J. te czasy do dzisiaj wspomina z uśmiechem na ustach. – No ja przecież rodowita lwowianka jestem, co prawda wyjechałam do Polski, gdy miałam 3 lata i niewiele pamiętam. Ale tam pięknie! Lubiłam tam jeździć. 40 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Znajomych też wielu było. Tak, handlowało się. Tam się zawsze coś sprzedało, wszystko szło za duże pieniądze. Na granicach wtedy strasznie kontrolowali. Pieniądze było strach wozić a co dopiero złoto. A tam tylko złoto warto było kupić, bo co? Tylko na tym był biznes. No dolary jeszcze były w bardzo dobrej cenie dla nas, ale problem z tym był taki, że w obiegu mieli tylko bardzo małe nominały, takie jednodolarówki, no pięcio– to już maksymalnie. I nie było gdzie wymienić na grubsze. Strach z tym było przez granicę, jak to schować? Zaraz by zabrali. Złoto można było kupić i w sklepie. Jeśli ktoś cię polecił i odpowiednio rozliczyłeś się z ekspedientką, to bez problemu. Pierwszy raz ustawili mi transakcję, no dać trzeba było sprzedawczyni w sklepie 20 rubli. Dobra, poszliśmy do domu towarowego w Rynku, tam na odpowiednie stoisko, poprosiliśmy o umówiony towar, a tu akurat w sklepie kontrola! Odłożony więc dla mnie pierścionek mogłam kupić bez żadnej łapówki. Ale powiedziałam, że dam to znaczy, że dam! Mówię do ekspedientki, czy mogłaby zapakować mi w inne pudełko? W innym kolorze? I oddaję to, które miałam wsuwając do niego te 20 rubli. Dziewczyna połapała się od razu, o co chodzi. Od tamtej pory zawsze wszystko wszędzie tam udawało mi się załatwić. Kiedyś nawet miałam ochotę na schabowego, a znajomi pytają: „Ty co? Widziałaś w mięsnym, co można najwyżej kupić? Taką rąbankę”. A ja poszłam do mięsnego i schab załatwiłam. No ten pierwszy raz na granicy trzepali bardzo. Ja miałam ten złoty pierścionek na palcu, wytłumaczyłam się, że ja się we Lwowie urodziłam, dostałam go w prezencie teraz od rodziców chrzestnych... i sprawdzali niby? Nie było u mnie nigdzie metki od niego na wszelki wypadek, więc jakby co, to nie do udowodnienia, że to na handelek. A metkę już wcześniej posłałam listem do Polski. We Lwowie jako mieście wielokulturowym na bazarze w grudniu słuchałem puszczanych przez megafony kolęd. Melodie znane jak nasze polskie, tylko tekst ukraiński. Ale wszystko jedno, i tak przyjemnie. Na wschodzie Ukrainy często mnie pytano o nasze polskie Boże Narodzenie. Jednego roku utknąłem tam do 3 stycznia, 41 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 postanowiłem więc w miarę swoich skromnych umiejętności kulinarnych przybliżyć grupce przyjaciół nasze zwyczaje. Odbyła się więc tradycyjna polska wigilia. Był barszcz, uszka, pierogi, ryba i oczywiście prezenty. Wszyscy podeszli poważnie i z szacunkiem do tematu. Chwalili, dopytywali się o szczegóły, przepisy itp. Tam świętuje się inaczej. Nowy Rok to powszechnie wiadomo, największe święto, jak nasze Boże Narodzenie. Ja od siebie mogę dodać tylko, że w życiu nie widziałem takich kolejek po wódkę, nawet w Polsce podczas stanu wojennego, jak na Ukrainie w dniu 31 grudnia. Ale najbardziej urzekły mnie obchody Dnia Kobiet. Na miejsce przybyłem 6 marca. Dziwiły mnie bardzo tłumy i kolejki w sklepach, takie jak u nas przed poważniejszymi świętami, ludzie ogarnięci typową przedświąteczną gorączką. Na ulicach, bazarach okresowe stragany z pamiątkami, laurkami i wielkie ilości kwiatów. Ludzie z bukietami. W końcu ktoś mi objaśnił, że już przygotowują się do hucznych obchodów święta 8 marca. Znajome kobiety wracały z pracy obdarowane słodyczami, prezentami i kwiatami. Goździki, róże, tulipany, wszystko znajome. Wyjątek stanowił mężczyzna oczekujący kogoś z wiązanką, jak na nasze zwyczaje typowo cmentarną. – Ten chyba na pogrzeb – rzuciłem. – A ty co? Na kobietę czeka, święto przecież! – Z taką wiązanką? W Polsce na cmentarze takie się nosi! – U was może na cmentarze, a tu ukochanej kobiecie – podsumowano i rozmowa na ten temat zakończyła się. Ósmego marca uwagę moją przyciągnął tłumek mężczyzn stojących w sklepie przed regałami z bombonierkami i słodyczami. Wyglądali trochę zabawnie, niektórzy w słynnych czapkach uszatkach, przeliczając dostępne środki i porównując wnikliwie ceny produktów. Wszystko w wielkim skupieniu. Ja sam zmuszony byłem ulec magii świąt i zakupić kilka bukietów i innych podarków dla znajomych, żeby nie wyjść na całkowitego prostaka i aroganta. Jak świętować to świętować, nie muszę wspominać o wylanych hektolitrach odpowiednich napojów, co zauważalne było i na ulicach, od 42 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 szampana do niezastąpionej gorzałki. 43 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 ELEKTROWNIA Rzeka Dniepr jako najbardziej „zasobna w energię” na Ukrainie, w czasach sowieckich zabudowana została kaskadą 6 elektrowni wodnych o łącznej mocy ponad 3700 MW. Krzemieńczucka, kachowska, dnieprodzierżyńska, zaporoska, kijowska i kaniowska. I tam gdzie sięgały Kresy dawnej Rzeczypospolitej, gdzie bywali Chmielnicki, Skrzetuski, Tuhaj-bej, dosłownie vis a vis Zaporoskiej Siczy, wznosi się majestatycznie kolos wielkiej zapory na Dnieprze o wysokości 60 i długości 760 metrów. Wchodzi ona w skład hydrowęzła obejmującego zbiornik wodny o powierzchni 420 km2 i Elektrownię Dnieprogres. Budowę obiektu rozpoczęto w 1927-28 roku zgodnie z założeniami stalinowskich „pięciolatek” industrializacji i elektryfikacji ZSRR. Ujarzmienie tak potężnego żywiołu nie było proste, ale naród wspomagany strachem i pojony ideologią potrafił dokonywać cudów. Już w 1932 roku na ukończonej zaporze oddano do użytku drogę dla ruchu kołowego i kursować zaczęły nawet tramwaje, a elektrownia osiągnęła moc 560 MW. Powstanie zbiornika wodnego spowodowało też zalanie słynnych dnieprzańskich progów skalnych i umożliwiło żeglugę w dolnym i środkowym biegu rzeki. Niestety nie ma możliwości poznania szczegółów tych osiągnięć. Jak to w systemie totalitarnym nie pozostało zbyt wiele dokumentacji, a dostęp do niej jest w zasadzie niemożliwy. Świadków też już nie znalazłem. Na moje pytania wszyscy zagadnięci odpowiadali tylko coś w rodzaju: „człowieku, ilu tam ludzi zginęło...”. Jedynym materiałem chyba ogólnie dostępnym to książka L.I. Kucharenki z lat pięćdziesiątych, ale to same peany na cześć wyższości społeczeństwa komunistycznego nad kapitalistycznym, walce klas, przemówienia i pochwały czerwonych wodzów itp. Podczas II wojny światowej po wyzwoleniu Zaporoża rozpoczęto rozbudowę i modernizację elektrowni do stanu w zasadzie zbliżonego do tego z dnia dzisiejszego. 44 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Było to również niemałe przedsięwzięcie. I tu udaje mi się dotrzeć do jego uczestników. Bez większego trudu umawiam się na rozmowę. Małe mieszkanko przy Prospekcie Lenina (podobno jest to najdłuższa ulica w Europie). Wita mnie uśmiechnięte starsze małżeństwo. Poznali się i pokochali, pracując jako młodzi komsomolcy na tej właśnie wielkiej budowie. Bardzo romantyczne. Chętnie podzielą się swoją wiedzą i przeżyciami z czytelnikami. Pamiętajmy, że to pokolenie urodzone i wychowane już w czasach stalinowskich, więc wnioski wyciągnijmy sami. Pijemy herbatę i spokojnie słucham opowieści. „23 lutego 1944 roku Narodowy Komitet Obrony zadecydował o zwróceniu władzom cywilnym Elektrowni Dnieprogres im. W. I. Lenina. Dyrekcji przedsiębiorstwa polecono przeprowadzenie wielu pilnych zadań, ustaleń, a w szczególności wykształcenie i zorganizowanie specjalnych budowlano-montażowych ekip zwanych Dnieprostrojcami (budowniczowie Dniepru). Dla rozwiązania tego problemu do Zaporoża przybyła grupa kadry kierowniczej prowadzonej przez głównego inżyniera F.G. Łoginowa, zastępcę Ludowego Komisarza elektrowni ZSRR. Rozpocząć należało od usunięcia przeszkadzającego gruzu, rozbitego betonu, którego zalegało jakieś ćwierć miliona metrów sześciennych. W tym samym czasie prowadzono też inne roboty przygotowawcze. Wkrótce został przebity pierwszy tunel, otwór dolny, których potem było 16 i umieszczony silniczek o mocy 3 kW. I to tam, gdzie dawniej energetyczne możliwości mierzyło się setkami tysięcy kilowatów! 7 lipca 1944 roku w rany tamy wylano pierwszy metr sześcienny betonu. W związku z trudnościami, bo był to jeszcze czas wojenny, przy robotach przewidywano maksymalne wykorzystanie lokalnych dostępnych materiałów. Opierano się na takich urządzeniach i maszynach, jakie były dostępne w danej chwili lub wykonane we własnym zakresie. Uruchamiać Dnieprogres zjeżdżali się dawni jego budowniczowie i pracownicy, a także młodzież, która dopiero stawiała pierwsze kroki w swoim życiu. Dla niej jak i dla weteranów słowo „odbudowa” stanowiło symbol. Trudno było budowniczym odnawiać tamę. Złe warunki mieszkaniowe, brak 45 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 żywności, a w pracy ani narzędzi, materiałów, ani maszyn. Nikt nie narzekał. Przecież na froncie było jeszcze trudniej. Jak całej Radzieckiej Ukrainie tak i nam ogromną pomoc okazywały bratnie republiki, a przede wszystkim wielki naród rosyjski. Z rezerw przeznaczonych dla frontu Narodowy Komitet Obrony przyznał nam 44 samochody ciężarowe. Armia przysłała brygadę inżynieryjno-budowlaną, a flota grupę płetwonurków. Kolej kilka parowozów i trzysta zdobycznych wagonów. W czasie wykonywania najbardziej czasochłonnych prac z dalekiej Buriacko-Mongolskiej Autonomicznej Republiki przybyły 252 konie, a zaraz potem jeszcze 127 z Mołdawii. Dzięki temu udało się częściowo zrekompensować braki maszyn budowlanych. Pierwszego grudnia 1944 roku Narodowy Komitet Obrony orzekł „w sprawie środków pomocy w odbudowie Elektrowni im. W.I. Lenina” – jej zwiększenie. Coraz większą liczbę pociągów wysyłano do Zaporoża z Uralu i Syberii, z Moskwy, Leningradu, Baku, Petrozawodska, Taszkientu i innych miast kraju. Drewno budowlane spławiano Dnieprem przez progi, które pojawiły się w związku z obniżeniem poziomu wody uciekającej przez ubytki w zniszczonej tamie. Na tratwach znowu stanęli smagli od wiatru, barczyści flisacy-piloci z Kamienki Dnieprowskiej. Wśród nich wyróżniał się i był darzony wielkim szacunkiem przez budowniczych Kuźma Iwanowicz Kazaniec. Prowadził on karawany flisaków przy pierwszej budowie tamy i chętnie podjął się tej niełatwej, często niebezpiecznej pracy przy jej odbudowie. Za wynik i jakość pracy budowniczowie odpowiadali przed całym krajem. Prawie wszystkie komsomolsko-młodzieżowe kolektywy przyznały sobie prawa i obowiązki frontowe. Jednym z pierwszych takich był zespół Ani Łoszkariewej, która przyjechała na naszą budowę z Uralu. W ulotkach „Prawdy” razem z wiadomościami o ilości ulic zajętych przez nasze wojska w Berlinie publikowano raporty o ilości betonu wlanego w zranioną tamę i nazwiska tych, którzy tego dokonywali: Marii Bielik, Żeni Romanko i wielu, wielu 46 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 innych. Budowniczowie rozumieli, że dla ożywienia gospodarki jest bardzo potrzebna stal, której do wybuchu wojny głównym producentem była fabryka ZAPOROŻSTAL. Jak i samej ZAPOROŻSTALI, tak i innym dużym przedsiębiorstwom Przydnieprza potrzebna była praca Dnieprogresu. Dlatego właśnie odbudowa tych obiektów stała się priorytetem. Były to dwa główne projekty budowlane kraju. W sierpniu 1946 roku pierwszym sekretarzem zaporoskiego komitetu partii wybrany został Leonid Ilicz Breżniew. O tych trudnych warunkach wspominał później Leonid Ilicz: „Potrzebna była ogromna praca organizacyjna wśród mas, polityczna uwaga, operacyjne umiejętności zarządzania, żeby prawidłowo oceniać sytuację, zarys głównych obszarów działania, skoncentrować wysiłki i zasoby na głównych odcinkach. Potrzebne były bolszewicki cel, bezgraniczna wiara w nasze siły, silna wola i ogromna pracowitość żeby pokonać wszystkie przeciwności i osiągnąć sukces”. Wciąż przed budowniczymi i montażystami wyrastały niezmiernie trudne zadania .I zawsze pierwszemu sekretarzowi partii udawało się razem z kolektywem rozwiązywać problemy i brać udział w osiąganiu sukcesów. Było to możliwe tylko dzięki ciągłemu przebywaniu i wręcz przyjaźni z ludźmi. L.I. Breżniew znał nie tylko kierownictwo budowy, ale i wielu prostych, zwykłych robotników. Znał nie tylko z widzenia, ale dobrze!!! On często wyrażał się ciepło i serdecznie o przodujących pracownikach. Zaporoskij Komitet Partii mobilizował na pomoc Dnieprostrojcom także pracowników rolnych. Na czele tych grup stawali po prostu rejonowi sekretarze komsomołu. Duże trudności pojawiły się podczas wybijania dolnych otworów. Tunele przeprowadzono i wykonano w sposób nieznany na świecie i przez specjalistów od 47 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 inżynierii wodnej, wybuchami uwalniającymi. Były problemy z zamykaniem otworów z powodu wielkiego ciśnienia wody. Ogłoszono konkurs na najlepsze inżynieryjne rozwiązanie problemu, pomysły nie dawały zadowalających rezultatów. Sprowadzono płetwonurków. Opuszczano ich do wody w specjalnej żelaznej klatce uniemożliwiającej wessanie ich w otwory. A kiedy przepływ wody udawało się zmniejszać, przychodziła kolej budowniczych. Oni docierali krok po kroku w tunel, w dole którego z prędkością pociągu kurierskiego przesuwała się woda na wysokości metra. Inżynierowie i zwykli robotnicy wykazywali się prawdziwym bohaterstwem. Popularne było wtedy takie powiedzenie: „Kto się boi wody, ten nie ma czego szukać w tunelach”. Nie każdy mężczyzna ośmielił się tam wejść, a dziewczyny z brygad Poliny Szyło czy Paszy Korobowej pracowały tam. Nigdzie i nigdy tak głęboko jeszcze nie betonowano jak przy renowacji Dnieprogresu. Najlepiej ze wszystkich z tą trudną pracą poradziła sobie brygada majstra Praskowej Iwanowny Kancelarist. Komuniści Dnieprostroja dobrze zapamiętali dobrze Pierwszą Konferencję Dnieprostojewską z udziałem Leonida I. Breżniewa. On skoncentrował uwagę komitetu i wszystkich delegatów na takich ważnych zadaniach jak organizacja masowej pracy politycznej i szerokiego wdrażania współzawodnictwa socjalistycznego. Kiedy w styczniu 1947 roku miał ruszyć próbnie pierwszy hydrogenerator, zaszczyt przecięcia czerwonej wstęgi na regulatorze turbiny budowniczowie zaproponowali Leonidowi I. Breżniewowi. 3 marca agregat zaczął pracować. Było to wielkie zwycięstwo na tym trudnym froncie. Przecież nie minęły jeszcze dwa lata od zakończenia wyniszczającej wojny, a Dnieprogres, dzieło i duma całego radzieckiego narodu, gotów do eksploatacji! W tym roku były już pod ciśnieniem jeszcze dwa agregaty i tu należy też wspomnieć o dwóch amerykańskich agregatach, które montażystom naszym przysporzyły niemało kłopotów i na prawie dwa miesiące opóźniały uruchomienie wszystkiego. Z czterech kompletów łożysk oporowych jeden okazał się takim dobrej jakości. Start drugiego i trzeciego hydrogeneratora opóźniał 48 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 się. Wtedy nasi montażyści postanowili przysposobić łożyska od starych zniszczonych agregatów. Przedstawiciele firmy „General-elektrik” kategorycznie się sprzeciwiali temu, a było jasne, że robią to tylko z innych powodów. Głównych inżynierów I. Kandałowa (Dnieprostroju) i K. Mielniczenkę (Hydromontażu) zaprosił do siebie L. I.Breżniew. Omawiano problemy w spokojnej, rzeczowej atmosferze. Pierwszy Sekretarz wnikał we wszystkie szczegóły, problemy techniczne, cierpliwie słuchał objaśnień, rozwiązań i propozycji. Upewniwszy się w tym, że eksperyment ze startem na starych łożyskach nie wymaga żadnych przeróbek i nie zagraża niczym generatorowi, Leonid Ilicz wydał polecenia, by przygotowywać się do uruchamiana urządzeń, a odpowiedzialność całą i za wszystko przed wszystkimi instytucjami wziął na siebie. Na przerobionych łożyskach uruchomiono agregaty drugi i trzeci! Właściwie na wszystkich trzech amerykańskich generatorach pracowały nowe łożyska skonstruowane i wyprodukowane w leningradzkiej fabryce „Elektosiła”. W 1948 roku ruszył bez problemów pierwszy agregat radzieckiej konstrukcji i produkcji. Obłudny „Głos Ameryki” zdążył ogłosić, że w związku z odjazdem amerykańskich specjalistów nic nie udaje się naszym energetykom i agregat pracuje, nawet nie wykorzystując połowy swoich możliwości. W rzeczywistości wszystko było odwrotnie! Przy normalnym trybie pracy wydajność amerykańskich turbin była dużo mniejsza. Radziecki sprzęt okazał się bardziej niezawodnym i wygodnym w eksploatacji. Wirnik amerykańskiej turbiny składał się z trzech części, a nasze były lepsze, całościowe z usprawnionymi ostrzami. W amerykańskiej łożyska trzeba było smarować olejem, naszym woda nie przeszkadzała. Kiedy w amerykańskie woda się dostawała, trzeba było je zatrzymywać, radzieckie pracowały nadal. Przewagę technologiczną nad sprzętem importowanym miały także nasze generatory. Odbudowa obiektu jest prawdziwym przykładem zjednoczenia sił, środków na wszystkich odcinkach przy wielkiej pomocy partii. W grudniu 47 roku Leonid Ilicz i wielu innych działaczy zasłużonych odznaczeni zostali orderami Lenina. 49 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Pierwszego maja 1948 Dnieprostroj otrzymał najwyższą nagrodę państwową! Na piersiach wielu budowniczych zawisły ordery! Około 646! Początkowo uruchomiono 3 hydrogeneratory zamiast planowanych 2! A przy instalowaniu 5 wykorzystywano już wiele nowoczesnych rozwiązań! Jeśli osuszanie importowanego generatora dawniej zajmowało około miesiąca, to radzieckiemu potrzeba było 5-8 dób! Kolejne agregaty były uruchamiane także przed planowanym terminem! W czerwcu 1950 roku pracowały już wszystkie 9!!! Pięć lat od zakończenia wyniszczającej wojny Dnieprogres stał się piękniejszy, lepszy i mocniejszy! W porównaniu z osiągami przedwojennymi początkowo moc wzrosła o 16 procent, a suma wyprodukowanej energii w końcu pierwszej powojennej pięciolatki przewyższyła dawną o 45 procent! Wartość dodatkowo wytworzonej energii właściwie w pełni pokryła koszty odbudowy!”. Tyle wyniosłem z opowieści mojego gospodarza. O sukcesach komunistycznych mógł opowiadać jeszcze długo, ale może oszczędźmy sobie tego! Wyjaśnił mi jeszcze: „Dnieprogres po wojnie osiągnął wydajność 1400 MW. Linie wysokiego napięcia na Ukrainie (ponad 81 tys. km) łączyły wszystkie elektrownie w 2 systemy: wschodni, włączony do ogólnego systemu europejskiej części ZSRR i zachodni MIR z sąsiednimi krajami socjalistycznymi. Linia o napięciu 750 tys. V od roku 1975 łączyła Zagłębie Donieckie z Ukrainą Zachodnią”. Kolejną modernizację elektrownia przechodziła w latach 1969-80, w wyniku której wydajność wzrosła do 1581 MW. W stanie niezmienionym właściwie funkcjonuje do dzisiaj. To jeden z symboli Ukrainy, pojawia się na wielu fotografiach, turyści chętnie spacerują po zaporze, do swoich celów wykorzystują ją też samobójcy. W każdym bądź razie robi niesamowite wrażenie. To przecież największa elektrownia wodna w Europie. W Zaporożu koniecznie zobaczyć trzeba wyspę Chorticę. To tam mieściła się 50 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 kozacza Sicz Zaporoska. Zresztą oprócz Dnieprogresu i wielkiego pomnika Lenina nie ma tam żadnych większych atrakcji. Odbudowano tam coś w stylu skansenu, podobno na potrzeby filmu „Taras Bulba”, ale to nie do końca prawda. Zobaczyć możemy warowną osadę, drewniane chałupki, jakieś gadżety niby z epoki, a na samym środku ładną drewnianą cerkiew. Sfotografować się w stroju kozaka, napić grzanego wina i przegryźć chlebem ze słoniną. Problemem jest dosyć mała powierzchnia obiektu, a ławki przy tym niby barze często są zajęte przez odwiedzających, ale konsumujących własny prowiant. Więc nie zdziwmy się, jeśli będziemy musieli próbować kozackich przysmaków na stojąco. Jednak cała ta rekonstrukcja osobie o jakiej takiej wyobraźni pomoże przenieść się w tamtą epokę. Całkiem niedaleko od skanseniku stoi budynek muzeum. A tu naprawdę jest co oglądać. Stroje, broń, wyposażenie, ciekawe malarstwo. Na portretach Chmielnicki, Wiśniowiecki, Krzywonos. Warto. Ktoś, kto nie bardzo orientuje się, co zwiedza, a chciałby się dowiedzieć – może kupić w sklepiku różnego rodzaju książki, od broszurek informacyjnych po duże, ilustrowane bogato albumy. Sama droga do muzeum i skansenu została nieciekawie oznakowana, ktoś niewtajemniczony będzie miał problemy z dotarciem. Nastawić się trzeba na dość długi marsz od przystanku komunikacyjnego, przez zaniedbany las, polną dróżką, co przy deszczowej pogodzie bywa uciążliwe. Miejscowi znają na wyspie wiele pięknych zakątków, skałek, plaż opanowanych przez wędkarzy i miłośników opalania. Samemu lepiej się nie zapuszczać, łatwo stracić orientację. Jest dosyć bezpiecznie, tereny patrolowane są przez strażników na koniach, po których stylu jazdy i sposobie trzymania się w siodle widać, że nie są potomkami zaporoskich kozaków. W głębi wyspy mieści się druga osada kozacka i siedziba słynnego „Zaporoskiego Teatru Konnego”. Żal, że władze miasta nie pomyślały o wygodzie turystów, bowiem nie ma możliwości dojechania tam jakimkolwiek środkiem transportu komunikacji miejskiej. Pozostają tylko własne samochody lub skorzystanie z taksówki. Jeśli już tam dotrzemy, zobaczyć można odtwarzane przez grupę pasjonatów życie dawnych kozaków, popisy artystyczne, 51 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 pracę kowala, fechtunek itp. Główną atrakcją są popisy jazdy konnej, kozackiej dżygitówki. Jeźdźcy wykazują się rzeczywiście wielkimi umiejętnościami, starając się naśladować dawnych Zaporożców. Pasjonaci! Czapki z głów! Grupa hobbystów chce żyć po kozacku, musi się tu też dziać wiele innych ciekawych rzeczy, w które się angażują. Widziałem kiedyś na dworcu, a był to pierwszy dzień ferii zimowych, grupę małych chłopców z plecakami, po których wyszedł najprawdziwszy kozak! Jakiś obóz zapewne. Na Ukrainie jednak, w przeciwieństwie do Rosji, nie robi się niczego dla odtworzenia dawnego kozactwa. Zresztą ci wszyscy pasjonaci to nie potomkowie prawdziwych Zaporożców, a zwykli aktorzy i hobbyści. Ostatni kozak zniknął stąd za panowania Katarzyny Wielkiej, a nie przetrwały, bo nigdy ich tu nie było, skupiska kozactwa, takie jak nad Donem czy w Kubaniu albo na terenach syberyjskich. Mieszkańcy Zaporoża tych argumentów nie przyjmują. Chcą mieć swoich prawdziwych kozaków i już! Obrażają się wręcz na moje wywody i argumenty. – Nie wiesz, że niektórzy kozacy tu wrócili? Jak mogli wrócić, skoro nie przeżyli, ale niech Wam będzie! 52 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 53 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 WSPOMNIENIE ZSRR Wszyscy mają jakieś wspomnienia związane z minioną epoką. Symbole PRL-u tkwią nam gdzieś w głowach, niektórzy z ironią, inni z pogardą, a jeszcze inni z sentymentem wymieniają: rowery Wigry, Pelikan, Jubilat,.Ukraina, telewizory Neptun i Jowisz, kartki na mięso, ocet w sklepach, kolejki, lody włoskie i Pingwin na patyku... Przykłady można mnożyć i mnożyć. A co wspominają nasi rówieśnicy zza wschodniej granicy? Ci urodzeni w ZSRR? Oto notatki z dyskusji, którą kiedyś rozpocząłem: – Co jest dla was symbolami tej epoki? – Jura Gagarin. – Sierp i młot – mołot, sierp – nasz sowiecki herb. – Pionierzy. – Oleg Popow. – Amajak Akopjan. – Odznaka „październik”. – Rower Szkolnik, obóz pionierski Artek. – Program poranny w radio „Pionierska zorka”, w telewizji program „Poranna poczta”, a gazeta „Pionierska prawda”. – Demonstracje pierwszomajowe i 7 listopada. – Kolejki za kiełbasą, deficyt. – Automaty z wodą gazowaną po 1 kopiejce. – Perfumy „Czerwona Moskwa”, a jeszcze polskie „Być może”. – Parady zwycięstwa na Placu Czerwonym. – Olimpiada w Moskwie. – Jakie wspomnienia z dzieciństwa? 54 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – Lody „Płombir”, z mleka je robili, – Pochody dwa razy w roku, z mama i tatą, nam dawali chorągiewki w ręce... a jeszcze tata brał na plecy... – A jaki świąteczny nastrój zawsze był! – A bilety w autobusie samemu się odrywało, jakie przyjemne zajęcie było, stać do takiej kasy... – Lemoniada „sitro”, napój czekoladowy „Died Moroz”, obuwie damskie. – Smak produktów. – Pamiętam, jak z mamą za serwisem do kawy staliśmy dobę w kolejce. – „Eskimo” za 20 kopiejek. – Podbój kosmosu, takie przekonanie było, że jeszcze chwila i na Marsie nasze jabłonki będą kwitnąć. – Duma ze swojej wielkiej ojczyzny ZSRR. – Mundurki szkolne wszyscy nosili jednakowe i nikt nikomu niczego nie zazdrościł. – Pierwsze RIFLE kupione po znajomości za 200 rubli. – Tato jeździł w delegacje do Moskwy i przywoził nam ze stolicy różne wspaniałości i smakołyki! – Ja pamiętam, jak do naszego sklepu przywozili co rano bułki i chleb. I ten zapach! – Żadnych komputerów, telefonów, internetu, a zawsze było czym się zająć – Wsiadałem na rower Ural i cały dzień mnie nie było. A spróbuj teraz oderwać swoje dzieci od komputera. – A wyście klucz od mieszkania też pod wycieraczką zostawiali? – Aha! A najdziwniejsze, że każdy o tym wiedział i bo każdy tak robił i nic się nie stało nigdy. – Chustki pionierskie, czerwone, do tej pory mam jeszcze w domu – I spokojnie jako dzieci sami autobusami jeździliśmy, nawet na drugi koniec 55 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 miasta. Do babci czy do kina. I nic nikomu nigdy nie groziło – Nasi rodzice budowali komunizm i byli z tego dumni...a my dzieci pierestrojki. – Pijało się z puszek 0,33, „aurora”, „black dack” i wino z plastykowych butelek, i jeszcze spirytus „royal”. – Nie, to było później... na ulicy pijało się potwain 777. – Pełno pomników Lenina, pod nimi do pionierów uroczyście przyjmowano. – No, ja płakałem krokodylimi łzami, jak mnie chcieli wyrzucić z pionierów. Zaledwie 2 tygodnie po przyjęciu, to był odległy 1986 rok. – Czy chcielibyście, żeby wróciło coś z tamtych czasów i co? – Znieść wszystkie granice między krajami WNP? – Nic. – Umieć i móc tak cieszyć się świętami. – Smak produktów. – Darmowe wykształcenie i dostępność mieszkań. – A muzyka tamtych czasów? – Zespoły Kino, Nautilius, Modern Talking, no i Anna German, – DDT, Akwarium. – Biały telewizor na nóżkach, a w nim Sofija Rotaru! – Pierwszy hit „Płacze dziewczyna w automacie”. – Pugaczowa, Walery Leontiew... – Michael Jackson oczywiście! Sowieckie Kino? I tu materiał nie na osobny artykuł, a nawet na książkę... 56 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Seks w ZSRR? Pamiętamy wszyscy słynne frazy filmowe SEXA U NAS NET. 57 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 KOMPLEKSY? W przeświadczeniu przeciętnego Polaka wszystko, co „na wschód” od nas, to coś gorszego, mniej cywilizowanego, brud, smród, ubóstwo, prymitywizm, kraje rządzone przez mafię i gangsterów, gdzie strach pojechać samochodem, zmrużyć choć na chwilę oko w pociągu itp. U wielu osób funkcjonuje taki stereotyp Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, a już o pozostałych nacjach nie wspomnę (o ile ktoś w ogóle posiada jakiekolwiek pojęcie o żyjących tam innych narodach). Krótko podsumowując, mówimy i myślimy o nich dokładnie to samo, co wielu mieszkańców Zachodu o Polakach. Sam pracując kiedyś w Niemczech i Anglii, słyszałem pytania i uwagi stawiane zresztą bez żadnej złośliwości, po prostu wynikające z ich świadomości, np. „czy Polacy znają zastawę stołową” lub na widok grubych kromek czarnego razowego chleba „o, to typowo polskie”. „Typowo polskie” było również picie z blaszanego kubka, a nasze typowe cechy narodowe to złodziejstwo i pijaństwo. Dokładnie te same stereotypy przelewamy na naszych wschodnich sąsiadów. Ktoś przecież musi być od nas gorszy. Szlag trafia przeciętnego czytelnika lub słuchacza, gdy opowiadam, jak tam żyje wielu ludzi. O tym, jakie samochody jeżdżą (i to za gotówkę kupowane, bo system kredytowy nie jest tam zbyt korzystny), jak odpoczywa się na Krymie, w Karpatach, nad Morzem Czarnym czy Azowskim. O tym, że lokale są zawsze pełne ludzi, jak wykańcza się mieszkania, domy, jaki sprzęt AGD funkcjonuje w wielu gospodarstwach domowych, jak ubierają się ludzie i za jakie kwoty itd. „Złodzieje, gangsterzy, mafiozi”– podsumowują bardzo często, z trudem ukrywając złość i skoki ciśnienia. Moich sprostowań i wyjaśnień – że biznes robi się tam bardzo przyjemnie i łatwo, nie ma problemów z płatnościami, płacą na czas i uczciwie, często z góry, w przeciwieństwie do Polaków, którzy kombinują tylko, jak zarobić jeden na drugim, nie zapłacić faktury... – nikt nie słucha lub traktuje mnie, najłagodniej mówiąc, jak debila lub agenta służb specjalnych 58 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 sowieckich. Ukraina to oczywiście kraj wielu kontrastów i bardzo zróżnicowany. Zachód – Lwów, Tarnopol, Karpaty (pomijając wszystkie uwarunkowania i przyczyny historyczne ) to tereny, gdzie nie ma wielkiego przemysłu (dawnego postsowieckiego), więc dzisiaj są tu wielkie problemy z pracą i jakimkolwiek zatrudnieniem, co ma też wpływ na obowiązujące wynagrodzenia. To stąd głównie rekrutują się gastarbeiterzy pracujący w Polsce. To całkiem niedaleko, duże podobieństwo języka, a także (co nie wszystkim oczywiście miło słyszeć) mentalność zbliżona do polskiej, co pozwala im w miarę łatwo funkcjonować w naszym pięknym i bogatym, mlekiem i miodem płynącym kraju, gdzie ludzie są dobrzy, uczciwi, tolerancyjni i wrażliwi na ludzka krzywdę. Są tacy, co zakotwiczyli się tu na dobre. Mają stałą pracę od lat. Przyjaciół, pomoc, referencje. Z zarobionych pieniędzy często utrzymują całe rodziny na Ukrainie, gdzie np. mąż niepracujący i nadużywający trunków i dzieci w wieku szkolnym. Niektórzy dorobili się naprawdę i inwestują, kupują mieszkania, remontują domy. Wielu przyjeżdża po raz pierwszy i marzy o zarobku, wydaje im się, że to zachód na zasadzie „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Często płacą niemałe pieniądze pośrednikom za pracę, wizy, zaproszenia. Stoją w kilometrowych kolejkach pod polskimi konsulatami. Pracują w różnych zawodach. Budowy, rolnictwo, ogrodnictwo, kobiety sprzątają, zajmują się dziećmi. Wielu przeżywa to, co i polscy pracownicy. Wypłaty nie będzie albo nie tyle, na ile się umawialiśmy. Przykładem polskiej uczciwości i skrupulatności jest niejaki pan M. prowadzący gospodarstwo ogrodnicze. Często zatrudnia przy kwiatkach czy choinkach; bywa, że pojawia się jakaś pilna praca i wtedy wydzwania w poszukiwaniu pomocy. Ostatnio właśnie potrzebny był ktoś na już!!! M. wręcz panikował! Pilne! Szczęśliwy Wołodia jechał dłuuuugo komunikacją miejską na peryferie Wrocławia, żeby dorobić dodatkowo, bo to wiadomo każdy grosz się liczy, a tu pojawiła się fucha. Szybko zrobił co mu kazano, a gospodarz 59 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 sięgnął do portfela, żeby się uczciwie rozliczyć. Bez kalkulatora udało mu się obliczyć należność: – Za godzinę płacę 10 złotych, ty zdążyłeś wszystko zrobić w 45 minut, więc proszę, tu twoje 7,50, a jak coś jeszcze będzie do zrobienia, to zadzwonię. I Wołodia wyruszył w długą podróż powrotną na drugi koniec miasta, roztrząsając po drodze, a potem jeszcze wieczorem z przyjaciółmi, jaki tu w Polsce jednak jest porządek i kultura. Tania z kolei przyjechała szukać zarobku wraz ze swoim przyjacielem ze Lwowa. Pośrednikowi zapłacili za wszystko ponad 1000 dolarów. Trafiła do przyjaciółki już ustawionej we Wrocławiu i poszukiwała jakiegoś zajęcia. W mieście się nie udało. Ktoś gdzieś pomógł i trafili oboje do gospodarstwa rolnego przy granicy czeskiej. Karmią bydło i świnki, doją krowy, 50 złotych dziennie, miska i nocleg. Może to nie najgorsza praca dla zawodowej pielęgniarki, ale czy zdążą odrobić to, co zapłacili, skoro wiza pracownicza obowiązuje tylko 6 miesięcy? Znałem i obserwowałem pewną rodzinę huculską, która też przyjechała dorabiać się we Wrocławiu. Dwie siostry z mężami. Huculi to górale karpaccy i podobnie jak nasi, często bohaterowie anegdot i ciekawych historyjek. Żeby zaoszczędzić mieszkali wszyscy – 4 dorosłe osoby – w pokoiku w jednej z podwrocławskich wiosek. Szwagrowie zaczepili się w firmach budowlanych. Starszy, niezły fachowiec zarabiał na czysto 15 złotych. Drugi mniej doświadczony, ale za to początkowo bardzo robotny i zaangażowany – 12. Pracować chciał koniecznie 10 godzin dziennie, no bo inaczej to on nic przecież nie zarobi. Szef go jednak docenił, liczył jemu po jakimś czasie pełną dniówkę, czyli 120 bez względu na to, czy odrobił te godziny, czy nie. Do dobrobytu przyzwyczaił się szybko, zaczęło się gderanie i pretensje, że on nie ma z czego żyć za takie pieniądze. Wyjeżdżając do domu, przypadkowo zabrał ze sobą trochę drogich firmowych elektronarzędzi. Żony 60 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 natomiast sprzątały. Sądząc po wyglądzie niektórych chat huculskich, nie wychodziło im to raczej zbyt dobrze i dołączając do tego ich pazerność, gospodynie w okolicy przestały korzystać z ich pomocy. W tym sezonie Hucułów już u nas nie ma. Z czegoś jednak biorą się te ludowe opowieści. Dziewczyny, które sprzątają, to zupełnie inna historia. Często pracują u dam, które całkiem niedawno szorowały toalety i podłogi, tylko trochę dalej na zachód. Zarabiają nieźle. Na zasadzie: „ja dobra pani, zawsze coś dołożę, dam prezent, jakiś ciuch czy coś dla dziecka, nakarmię”. W jakiś sposób są zaprzyjaźnione z pracodawcami. Znają ich wady, zalety, upodobania, gusta. No i sekrety! Wiedzą, że sławna modelka została wyrolowana przez swojego fotografa z dobrego kontraktu w Paryżu, że facet jednej z nich ma kupę kasy i trzy byłe żony a sześcioro dzieci kosztuje go olbrzymie alimenty, że któryś z szefów właśnie wczoraj przepuścił 100 tysięcy w kasynie, za co siedział w więzieniu jeden ze znanych lokalnych biznesmenów i takie tam różne smaczki. U takiej elity pracuje Magda. Od 15 lat jest w Polsce, początkowo jej praca polegała na opiece nad dziećmi i prowadzeniu domu bogatego przedsiębiorcy. Potem dzieci robiły się coraz starsze, więc i obowiązków ubywało, dochody zaczęły spadać, ale znalazła bez problemu zajęcie u innych ludzi z tego kręgu. Sprząta, prasuje, czasami gotuje. W tej chwili i klienci już nie tacy, jak byli. Jeszcze trochę i kończy z tą robotą. Ile można myć toalety? Dziewczyna wykształcona, niegłupia życiowo. Dorobiła się. Kupiła i wyremontowała mieszkanie w centrum Lwowa. Teraz je wynajmuje. Został jej tylko remont w mieszkaniu mamy i zacznie rozkręcać jakiś swój biznes. Nieważne już są dochody. Szkoda zdrowia i nerwów. I dosyć już poniżeń, bo polski dorobkiewicz też potrafi zaleźć za skórę. Mieszka w mieszkaniu służbowym należącym do ludzi, u których od początku pracowała. Wraz z nią kilka innych dziewczyn. Z wiosek z okolic Lwowa, Tarnopola. Te tak dobrze nie trafiły, ale radzą sobie. Wszystkie mają klientów, są zadowolone. Zarabiają pieniądze. I u każdej podobna sytuacja. W ich okolicach 61 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 żadnej pracy. Mąż pijak niekalający się pracą lub pracujący tylko na siebie. Dzieci, które trzeba wychować, wykarmić, ubrać, wykształcić, a nauka na Ukrainie w tej chwili jest bardzo droga. Wychodzą z domu skoro świt, wracają wieczorami. Zmęczone, zestresowane, padają. Pracodawca potrafi dokuczyć, a i z czystością lokali też bywa różnie. Trzeba się naprawdę narobić, odgruzować, żeby był efekt. Dniówka, minimum 150 złotych, wszystko wynagradza. Oszczędzają na wszystkim, to co potrzebne na siebie i do domu kupują przeważnie na Dworcu Świebodzkim w niedzielę. Tak się już i u nich utarło, że na bazarze niby najtaniej. Wyjeżdżając do domu, chociażby na święta, potrafią zabrać ze sobą i 15 (słownie piętnaście) toreb zakupów. Takie ponoć różnice w cenach, a i tam na wsi wszystko się przyda. Ale na święta nabywają drogie prezenty. Przykładowo dziecku telefon komórkowy, którejś tam generacji za 2 tysiące złotych. Proste, ale dobre dziewczyny. Wyjątkiem tu jest Liuda. Muzyk z wykształcenia po konserwatorium. Śpiew operowy i fortepian. Też sprząta, ale jej zdolności już zostały dostrzeżone. Proponowano jej już nauczanie gry na fortepianie, ale ma problemy z językiem i raczej nie dogada się z uczniami. Polska i Polacy jej się podobają. Pani, u której sprząta, załatwiła jej zaproszenie, więc z kolejnym wjazdem nie będzie miała problemu. W tej chwili pobyt się kończy, ale i tak musi pilnie wracać, bo mąż już się domaga pieniędzy. Sam pracuje jako mechanik samochodowy, ale tylko na siebie. Chciałaby bardzo pracować jako muzyk, może się to kiedyś uda. Do Polski przynajmniej ma blisko. Jej mama sprząta we Włoszech i tam minimalnie płacą 900 euro, więc jeśli już sprzątać, to raczej w Italii. Tu opowiadała, jak sprzątała u kogoś, i stał piękny fortepian, „aż mnie korciło, żeby zagrać!”. Czasami tylko wieczorami śpiewa współlokatorkom narodowe pieśni ukraińskie. Dziewczyny jeszcze nie zdają sobie do końca sprawy, ale już pomału zaczynają zauważać, że ich praca też niedługo nie będzie nikomu potrzebna. Kryzys, bezrobocie i zubożenie społeczeństwa spowodowały to, że do sprzątania jest w tej chwili wiele chętnych Polek, studentki i rencistki, ale nie tylko, które podejmują się 62 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 tej samej pracy nawet za 40 procent tego, co biorą Ukrainki. Kryzys ostatnich lat, bardzo dotkliwy na Ukrainie dla średnich przedsiębiorców, i dość przyjazne dla nich przepisy w Polsce tyczące się rejestracji firm, głównie spółek z o.o., spowodowały pojawianie się u nas biznesmenów zza Buga, chcących prowadzić tu działalność gospodarczą. W końcu to jednak Unia Europejska. Głównie z branży budowlanej, bo to silna gałąź gospodarki. Po zarejestrowaniu spółek, przywiezieniu pracowników, sprzętu, wynajęciu lokali, jeśli już komuś udało się znaleźć w miarę intratne zlecenie, zaczynały się schody. Zdziwienie brało zarówno rodzimych inwestorów-zleceniodawców, jak i wykonawców. Nie chodzi tu o technologie, jakość, terminy, zobowiązania, bo tu już właściwie żadnych różnic nie ma. Stawki, ceny jednostkowe za wykonane zlecenie – ukraińskie są i były raczej wyższe niż polskie (chodzi tu o stawki pomiędzy firmami, nie mylić z wynagrodzeniami). Jednakże skoro już Ukraińcy zgodzili się pracować za tyle, to chcieliby pieniądze otrzymywać. Na Ukrainie zaliczka nie jest niczym dziwnym. Często bierze się z góry olbrzymią sumę i po jakimś czasie rozlicza koszty materiałów, robocizny itp. Jeśli obie strony są zadowolone, powtarza się operację i tak do zakończenia inwestycji. Każdy wie, że jeśli się nie płaci, to problem ma tylko zamawiający, ponieważ nikt dla niego niczego nie wykona. W Polsce natomiast normą jest kilkumiesięczny termin zapłaty, często przeciągany lub w ogóle ignorowany, nie mówiąc już o zupełnym braku rozliczenia. Wykonawca właściwie powinien sponsorować inwestora, a nie bardzo ma prawo się upomnieć o swoje, bo to i tak nie przyniesie efektu. W końcu zgodzili się na takie warunki. Menadżerowie polscy w służbowych samochodach z kredytu, zadłużeni po uszy, uważają, że biedny Ukrainiec powinien ich całować po rękach za to, że dają mu zajęcie. Ukrainiec, jeżdżący Mitsubishi Pajero za gotówkę, dziwi się natomiast, że Polak nie ma na zaliczkę nawet 5 czy 10 tysięcy, i to złotych polskich. Byłem 63 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 świadkiem rozmowy, gdy rodzimy biznesmen, dopłacając po 3 miesiącach opóźnienia 2 tysiące złotych, uświadamiał Ukraińca, jakie to u nich zacofanie i że może za 20 lat u nich budownictwo będzie tak wyglądało jak w Polsce, żeby się nie martwił. Znowu jeden z Ukraińców, prowadzący firmę budowlaną w Londynie, współpracujący z krajanami, którym poszczęściło się mieć możliwość budowania w Polsce, postanowił z nimi zrobić świetny biznes. Pozostała mu po jednej dużej inwestycji na Wyspach masa niezużytych materiałów. Wszystko z górnej półki: marmury, drogie płytki ceramiczne, kamień ciosany, mosiężne klamki, designerskie krany, kabiny prysznicowe, nawet duże pralki przemysłowe, skórzane kanapy, okapy kuchenne, 150 par drzwi drewnianych wraz z listwami – pełne komplety. Postanowili przywieźć to do Polski, zmagazynować i potem wykorzystać przy jakiejś inwestycji. Co się uda, to sprzedać, bo to naprawdę towar pierwsza klasa i ceny bardzo dobre. Przyjechało tego chyba trzy TIR-y, zostało zmagazynowane w jednej z mieścin niedaleko Wrocławia w hali, której właściciel prowadził m. in. hurtownię budowlaną, więc piękna perspektywa – klient sam przyjdzie po to wszystko. Okazało się jednak, że to, co podoba się bogatym Anglikom, niekoniecznie przypada do gustu naszym rodakom, zwłaszcza tym budującym domy pod miastem. Mimo że ceny były naprawdę bardzo atrakcyjne, sprzedawały się niewielkie ilości i to sporadycznie. Kafelki miały odcień nie taki, krany nie dla nas, klamki nieładne, a drzwi to już w ogóle model angielski, wymiar nie taki i żaden stolarz się nie podejmie ich montażu. Nie da się. Inwestycja budowlana się przeciągała, więc towar leżał sobie spokojnie w hali nikomu niepotrzebny. Aż którejś pięknej spokojnej nocy nagle zniknął z magazynu. Co do jednej sztuki. Nikt nic nie widział, bo przynajmniej dwóch załadowanych i wyjeżdżających Tir-ów nie da się na wsi zauważyć. I po co komu tyle takiego marnego, niepraktycznego towaru? Policja prowadzi chyba jeszcze do dzisiaj śledztwo, ale efektów brak. Lepiej chyba by było dla sprawców, aby odnalazła ich policja, zanim zacznie poszukiwania właściciel. Gdyby taka sytuacja miała 64 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 miejsce na Ukrainie, a poszkodowanym był Polak, wtedy wszyscy by rozumieli, przecież to dziki kraj, wiadomo, że ryzykował. Biznesmenów zaangażowanych w te przedsięwzięcia już w Polsce nie ma. Wrócili do swojego zacofania i tam jakoś sobie radzą. 65 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 CODZIENNE SYTUACJE Ukraińcy i Rosjanie bardzo chętnie opowiadają o wszystkim, to bardzo otwarci ludzie i sympatyczni rozmówcy. Zanotowałem niektóre opowieści tyczące się codziennych zdarzeń. Opowiadali: urzędniczka państwowa o tym, jak postanowiła odzyskać sprawność fizyczną, informatyk o szczegółach wykonywania swej pracy zawodowej, instalator o przygodzie, jaka przytrafiła mu się w centrum miasta. Snuł też wywody jeden intelektualista o obecnej sytuacji w kraju i kierownik placówki bankowej o tym, jak spędzał urlop. A na koniec warianty zastosowania barszczu ukraińskiego w stylach sztuki. Siłownia, płaski brzuszek latem – cena. Ja oczywiście staram się nie poddawać masowej histerii z powodu mody na płaskie brzuszki i zgrabniutkie pupy, we mnie i tak jest tyle piękna, a siła mojej osobowości i urok osobisty skutecznie odwrócą uwagę od możliwych jakichś drobnych niedostatków. Ale przyszła wiosna, po wiośnie nastąpi lato ze swoimi strojami kąpielowymi i niestety gołymi brzuchami, dlatego zebrałam się w sobie i podjęłam decyzję zapisania się na siłownię. Interesująco brzmiała ich oferta stworzona jakby specjalnie dla mnie: „Siłownia, wspaniałe ćwiczenia na wszystkie partie mięśni z elementami stepowania. Polecamy każdej kobiecie dla zachowania lub powrotu do wspaniałej sylwetki”. To bardzo dobrze, że te ćwiczenia opracowane dla każdej kobiety, a nie dla jakichś Pudzianów. Ja co prawda jestem wysportowana, w zeszłym roku przez trzy dni codziennie rano robiłam przysiady, a w domu też leżą nawet gdzieś hantle. No od czegoś trzeba teraz zacząć, czegoś łatwiejszego. A potem, jak już zacznę na tej siłowni, jak się wciągnę, to wiadomo, że będę jednym wspaniałym kłębkiem pięknych mięśni. 66 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Nic nie zapowiadało katastrofy. W przestronnej sali treningowej kobiety różnych sylwetek, podobne do nagrobków dla krasnoludków step-platformy, rytmiczna muzyczka, no trenerki jeszcze nie ma. Przypomniawszy sobie, że przed treningiem sportowcy się rozgrzewają, z odpowiednim wyrazem twarzy wykonuję kilka podskoków, przysiadów. Pokręciłam głową we wszystkie strony, pokazałam wszystkim, że jest tu fanka fitnessu, która wie co i jak. No gdzie ten trener?! Ja przestaję coś tu rozumieć! Pojawia się trenerka, nieduża, zgrabniutka i ładna dziewczyna. – Pani dzisiaj pierwszy raz? Będzie ciężko. Proszę wchodzić, zaczynamy! Pięć minut. Wszystko normalnie. Fajnie tak skakać sobie przy muzyczce. Dlaczego ja tu wcześniej nie przyszłam? Należy zajmować się sportem, prowadzić zdrowy tryb życia. Siedem minut. Dalej wszystko normalnie, tylko narasta niepokój wewnętrzny. Całe 50 minut treningu w takim tempie mam podrygiwać? Dziesięć minut, tak sobie! Wokół 20 kobiet z zaciętymi wyrazami twarzy macha nogami i tupie w platformy, co tam słoń przy tym batalionie mrocznych kobiet chcących przywrócić do porządku swoją figurę. Dwanaście minut. Zaangażowanie okrzepło. Trenerka krzyczy: – Jeszcze szybciej. Max, step, step! Jeszcze cztery razy, nie zmniejszać tempa!!! Piętnaście minut. Ja zaraz wybuchnę i zapaćkam wam całą salę. Albo noga w kolejnym zamachu mi odpadnie. Zrozumiałam, dlaczego baby za mną tak mocno walą butami w te platformy. Ja swoją też znienawidziłam. A masz gadzino, i jeszcze raz, i kopa znowu, połam się nawet cała, niech cię szlag trafi!!! Dwadzieścia minut. Bierzemy kocyki, będzie seria ćwiczeń na mięśnie brzucha. Super, przynajmniej nie podskoki już. Ale mi to dało!!! A twarze u wszystkich w jednakowych kolorach, miejscami sine, miejscami czerwone... Dwadzieścia dwie minuty. Mamo!!! Zabierajcie te platformy!!! Ja chcę umrzeć normalnie, a nie w pozycji raka epileptyka! Ja nie mogę założyć nogi za głowę siłą 67 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 mięśni brzucha. Ja tam nie mam mięśni, ja tam mam śniadanie i nerwy. Dwadzieścia pięć minut. Ćwiczenia na brzuch nie pójdą na marne. Tak można jeńców przesłuchiwać. Po piętnastym razie ja jestem gotowa wydać wszystkich, opowiedzieć wszystkie sekrety... Ćwiczymy. Jeśli ja teraz umrę, to goły brzuszek latem nie bardzo będzie mnie cieszyć. Po cichutku leżę spokojnie i tylko ciężko dyszę. W lustrze odbijają się pupy wszystkich rozmiarów i kolorów, a buźki w jednym kolorze, malinowym. Na twarzach wypisane jedno, antycelulitowy dżihad! Trzydzieści minut. Grupa podobna do oddziału zombi. Figury w różnych pozycjach półprzysiadów, rozczochrane włosy, płonące oczy. Wybaczcie, ale ja nie mogę odwrócić się w takiej pozycji. Mi nogi wyrastają chyba nie z tej strony. I tak, ja też nie dam rady. Należałoby odkroić kawałek trenerki i zanieść go na badanie. Analizy wykażą, czy ona jest może z gumy czy z innej planety. Normalny człowiek nie może tak się wyginać. Trzydzieści pięć minut. Oczywiście, dlaczego by już kończyć trening? Tylko moje ciało odmawia przyjęcia każdej pozycji za wyjątkiem horyzontalnej. – No dziewczyny, obracamy się na platformie, dotykamy jej piersiami. U której to się uda, u tej piersi będą przepiękne! Ja dotknęłam platformy piersiami właściwie od razu i tak już leżałam sobie. To się liczy czy nie? Czterdzieści minut. Ja nie mogę usiąść, mnie się nogi nie zgnają! Dotknąć końcem ręki do końca nogi w takiej pozycji? To utopia! Co wy robicie?! Przestańcie łamać moje ciało. Jaka silna baba ta trenerka. Taka malutka, a jaka zawzięta. Faszystka. Ja tak się nie złożę, ja nie z klocków zbudowana... aaaaaaa! Stójcie, nie uciekajcie, rozłóżcie mnie pomalutku. Ja sama nie dam rady a i w samochód w takim stanie nie wsiądę. Czterdzieści pięć minut. Bardzo chciałoby się schować za platformą. Ja umrę w mękach, w scenie finałowej rozerwę się na pół. Odpuście wszystkie winy! 68 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Pięćdziesiąt minut. Ktoś dobry zebrał mnie do kupy i odstawił pod ścianę. Zajęcia skończone. Czekają na nas za dwa dni. Czekajcie. Ale mąż!!! Przyjeżdżaj i zabieraj moje szczątki. Boże, jak mi źle!!! Poranek, dzień następny. Boże, wczoraj było tak wspaniale wstawać, dzisiaj taki koszmar. Takie uczucie, jakbym spała w betoniarce, mogę poruszać tylko oczami. Przynieście mój testament, ja zapiszę też coś na moją trzecią niekochaną siostrę. Mąż zapamięta mnie młodą i piękną. Teraz ja będę wstawać, szykować się do pracy i umrę podczas czynności ubierania majtek. Mmm... cholerne lato, jeszcze się nie zaczęło, a już tak źle... Informatyk Pracuję jako informatyk, administrator systemu w jednym z biur w znanej firmie. Stale spotykam się z głupotą ludzi posługujących się komputerami i internetem. Dzisiaj na przykład przychodzi kobieta i oznajmia mi: – Ja przeniosłam się dzisiaj na inny komputer, tego będę teraz używać. Przenieś mi tam moje hasło. – A po co? – No moje tam nie pasuje, nie działa – Wprowadź tam nazwę użytkownika i hasło ze starego komputera, wszystko będzie działać. Mija 15 minut. Tym razem dzwoni telefon na biurku. Wewnętrzny. – Nie udaje się. – A jaką nazwę użytkownika i hasło wprowadziłaś? – Swoją...(tu podaje nick i hasło). – A to ze starego komputera? – Nie, to mój nick i nowe hasło. – Tłumaczyłem, wprowadź użytkownika i hasło ze starego komputera. 69 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – A ja chcę, żeby było tak, jak wprowadziłam i hasło nowe. – No dobrze. Dodaję nowego użytkownika i nowe hasło. – I jak? Weszłaś w system? – W jaki system? Jeszcze mi się Windows nie uruchomił, pisze, że hasło nieprawidłowe. – A jakie hasło wpisałaś? – 1911196. – Przecież chciałaś hasło SASZKA2. – Ale się rozmyśliłam. – Zaraz podejdę. Przychodzę do jej pokoju, wprowadzam użytkownika i hasło, naciskam potwierdzenie ustawień. – Jakie chcesz hasło? – 1911196. – Na pewno? Dobrze się zastanowiłaś? – Tak, ja go nie zapomnę nigdy, na 100 procent. – Dobrze, bardzo proszę. Minęło może około 40 minut. Dzwonek. – Windows się nie uruchamia, podaje, że złe hasło. – A jakie hasło wprowadzasz? Tu podaje kilka liter. – Ale ja ci ustawiłem 1911196. – Ale ja je zmieniłam, żebyś ty nie znał. – To po co do mnie dzwonisz? – Bo nowe hasło zapomniałam. – Co?! – No zapomniałam nowe hasło! 70 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Przychodzę, ustawiam jej hasło 123456, zatwierdzam. – Hasło będzie 123456. Zmienić się go nie da i nawet nie próbuj. – Dziękuję. Za jakieś 10 minut. – U mnie zniknęła poczta i wszystkie moje dokumenty! – A one tam były? – Tak! Oczywiście, na starym komputerze. – A ty teraz jesteś przy starym komputerze? – Nie, przy nowym. – I myślałaś, że poczta i dokumenty wszystkie pojawia na nowym? – Automatycznie powinny, ja o tym w książce czytałam. – W jakiej książce? To o tym, jak pracuje i działa nasz system administracyjny, książki już piszą? – Nie pamiętam, chyba nie. – Dobra, przeniosę twoje dane. Kopiuję profil, redaguję, sprawdzam. – Cała poczta w porządku? – Tak raczej. – A dokumenty? – Tak – A tło pulpitu? – Tak,dziękuję – Potrzebujesz jeszcze czegoś ode mnie? – Nie, dzięki, jak coś, to będę dzwonić. – Dobra Za 15 minut. – Ja miałam skrzynkę na interii.pl, a teraz nie ma. Jak tam wejść? – Zakaz używania takich rzeczy na służbowym kompie. Zarządzenie od dyrekcji 71 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 firmy. – No ale mnie potrzebne... do spraw służbowych... – Pisz pismo do szefostwa. – Twojego czy mojego? – Przecież u nas jest jedno szefostwo. – A do kogo właściwie? – Wszystko jedno, choćby do dyrektora albo kierownika oddziału. – Dobrze, już. Dzwoni szef. – Ustaw jej tę skrzynkę, już z nią nie mogę. – Dobra Ustawiam pocztę... – Nick? Podaje nicka – Hasło? – Ja nie pamiętam. A ty nie znasz? – Ja?! Skąd? Przecież ja za waszą prywatną pocztę nie odpowiadam. – No ty przecież jesteś administratorem systemu. – Zwróć się z tym do ramblera. – A jaki tam telefon? – Nie mam pojęcia. – A ty w ogóle coś możesz zrobić? – Tak, szefowi zaniosę wykaz ostatnio odwiedzanych przez ciebie stron. Poczerwieniała jak burak. – No nikt nie widział, gdzie ja wchodzę... – Przecież na szkoleniu miesiąc temu, ja wszystkich uprzedzałem, że wszystko zapisuje się na serwerze. Kto gdzie właził i kiedy. Ciebie nie było? – Byłam... To zrobisz mi to hasełko? 72 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – Nie. Za pięć minut dzwoni szef. – Ustaw jej to pieprzone hasło. – Spróbuję, no nie obiecuję... – Wymyśl coś, a potem wpadnij do mnie. Szef świetny facet, ale ta musiała go doprowadzić już do białej gorączki. Wydobywam hasło ze starego systemu. – Wszystko? Teraz już wszystko? – Tak, dziękuję. A ty na serio możesz widzieć, kto gdzie wchodzi w necie? – Oczywiście. – A można mi tak ustawić, żeby nikt nie widział, gdzie ja wchodzę? – Nie. – I uprzedzam kolejne mądre pytania. – Dlatego że posługiwanie się internetem w celach prywatnych i do zabawy w pracy jest w naszej firmie zabronione. – A kto za to odpowiada? – Ja. – Jasne. Tylko nie mów nic, ja nie chcę, żeby dyrektor wiedział. – Pomyślę. – Dzięki Idę do szefa, sprawdzamy wejścia. Portale randkowe, towarzyskie, czaty, nasze klasy itp. Gdyby nie grafik obowiązków służbowych, to i filmy by ściągała... – Możesz jej zablokować na to wejścia? – Pewnie, że mogę. – To blokuj, tylko jej nie mów, bo zamęczy potem. Blokuję. – U mnie internet nie działa! – Znowu znajomy głos. – Cały czy tylko niektóre strony? – Cały... w ogóle. 73 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 – Na jakie stronki wchodzisz? – Na różne – Spróbuj na www.praca.com. – Tu ok. – Czyli internet pracuje, podaj dokładny adres portalu, na jaki chcesz wejść. – A... ja, ja, ja nie wiem – zaczyna się jąkać. – O, na przykład www.dopary.ru. – I co napisano? – Dostęp niemożliwy. – To znaczy, że nie mamy praw wejść na to. Wiąże się to z portalami randkowymi i różnymi dziwnymi, więc serwer blokuje. – A do kogo w tej sprawie się mam zwrócić? – Do serwera proxi. Przygoda w centrum Wczoraj zesrałem się w samym centrum miasta. I to nie jest wcale śmieszne, zdrowy facet, a nawalił sobie do pełna w gacie. A było to tak. Idę sobie po ulicy, nikogo nie zaczepiam, aż tu nagle zachciało mi się puścić bąka. Na ulicy mroźny dzień, to zdrowo tak, co się męczyć, tym bardziej że ja to bardzo lubię – tak sobie oczyścić jelita. W domu czasami jak puszczę, to u sąsiadów lampy przygasają. Postanowiłem więc wypuścić z siebie gazy. A jak puszczałem, tak zrozumiałem, że nie odpierdziałem wszystkiego spokojnie do końca. Stoję, sram prosto w gacie i niczego z tym zrobić nie mogę. Gówno samo leci i nie pyta mnie o zgodę. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego jeśli robisz to w domu, to spokojnie, porcjami, siedzisz sobie, wyciśniesz kawałek, stronę w gazecie przeczytasz, potem znowu jeszcze troszeczkę wydusisz, a tak jak dzisiaj, to leci bez umiaru i o żadnym porcjowaniu kału nie może być mowy. Tyłek otwiera się i gówno leci. Przy czym otwiera się na tyle szeroko, że mam wrażenie, że bez mojej zgody bierze udział w konkursie „narób jak najwięcej, 74 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 najszybciej i wygraj telefon komórkowy”. A na co mojej dupie telefon komórkowy? Stoję, aż się spociłem. Centrum miasta, do domu daleko, co robić? Na piechotę do domu trzy godziny z pełnymi majtkami – od razu ostygłem, nie da rady. Ale jest mróz, myślę, podmarznie trochę, to wtedy do autobusu i szybko jakoś się przemknę. Siadłem na ławeczce i czekam. W tyłek jeszcze gorąco. Naszła mnie taka myśl, jeśli to wszystko w gaciach zamarznie, to z genitaliami będzie straszny problem, brrr... Nie, tak nie można. Wstałem, ludzie mnie jakoś omijają, pewnie zrozumieli, nad czym ja tu myślę. Aż tu nagle genialna myśl wpadła mi do głowy. Wejdę na jakąś klatkę schodową, tam w windzie się przebiorę, doprowadzę do porządku i potem szybciutko do domu. Wchodzę do wysokiego bloku, brama była otwarta, naciskam guzik, czekam na windę. Na klatce zrozumiałem jeszcze jedno. Ode mnie idzie taki zapach, że... fuuu... Wsiadam do windy, naciskam guzik na ostatnie, 14 piętro, a drugą ręką rozpinam spodnie, żeby czasu wystarczyło, póki nie dojadę. Drzwi nie zdążyły się zamknąć, a tu wpada zdyszana kobieta. – Zdążyłam. Pan na 14? A ja na 13, to wjadę z panem do końca i zejdę sobie to pięterko. Oczywiście pojedziemy, ja już guzik wcisnąłem. Podtrzymuję spodnie. Ruszyliśmy, a u mnie w głowie jeden szum, plecy mokre od potu, a gówno już całkiem zastygło. Śmierdzieć w windzie musiało bardzo mocno, bo współpasażerka jakoś tak dziwnie zaczęła na mnie spoglądać. A ja na to robię taką minę, która mówi wyraźnie, że nie srałem w windzie i już. Gdzieś tak na 10 piętrze winda wycięła nam numer. Zatrzymała się i światło zgasło, szarpnęło nami też mocno, ja o mało co drugi raz się nie zesrałem. – O, co to, stoimy? Awaria? – pyta dziewczyna. – Myślę, że tak – odpowiadam, strugam inteligenta i zastanawiam się, co tu robić, a zrobić coś trzeba z moim gównem i brudnym tyłkiem. Kobieta naciska jakiś guzik, zaczyna z kimś rozmawiać, pomoc wzywa, podaje adres domu. Wyobraziłem sobie, jak przyjdą monterzy, jak nas będą wyciągać, jak zapytają, dlaczego tu tak 75 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 śmierdzi... A w windzie ciemno choć oko wykol. Wpadłem na to, że teraz właśnie można się szybko przebrać, nic nie widać. Trzeba zdjąć szybko gacie, położyć gdzieś w rogu, potem w tym stresie i zamieszaniu ona niczego nie zauważy. Zresztą jak światło włączą, to po takiej ciemnicy, zanim oczy się przyzwyczają, my już wysiądziemy. Rozpinam spodnie, a szeleszczę aż strach i pasek jeszcze dzwoni. – A co pan robi? – z niepokojem pyta dziewczyna. – A tak staram się usiąść jakoś wygodnie, długo czekać będziemy. – I spodnie opuszczam. – Co to za zapach? O mało się nie wygadałem, że się osrałem na ulicy. – A chamstwo takie windami jeździ, kto wie, co tu wyprawiają. – Spodnie już całkiem zdjąłem, stoję w brudnych majtkach. Pomyślałem, że jak teraz włączą światło, dziewczyna padnie na serce. Wyjścia nie ma, podążam dalej. A dziewczyna zaczyna głośno szlochać, chyba się boi. Strasznie szeleszczę ciuchami, kombinuję, jak zdjąć majtki i wyobrażam sobie, jaki będzie smród. – Niech mi pan nie sprawia bólu! Nie dotyka mnie, bardzo proszę! – dziewczyna aż zawyła. – A ty co, zwariowałaś? Ja jestem ojcem dwojga dzieci. Idę do kolegi w ważnych sprawach, jak mogłaś o mnie tak pomyśleć – odpowiadam wiarygodnie i odklejam gacie od tyłka. Ale śmierdzi, gdy narobisz w gacie! Nie jak w toalecie, ale tak że muchy na 5 metrów tracą przytomność. Dziewucha poczuła, że coś tu jest mocno nie tak jak powinno, chyba skuliła się w kącie i płacze. – Przestań już, nic ci nie zrobię – tłumaczę spokojnie. Majtki już odkleiłem i kombinuję, jak je ściągnąć, żeby nie rozmazać nigdzie. Dziewczyna jakaś otępiała, coś tam szepcze, modli się chyba. Majtki już mam na kolanach. – Niech mnie Pan nie zabija! Proszę!!! – I szlocha rozpaczliwie. – A na cholerę ty mi potrzebna, ja sam mam problem. – Zdjąłem wszystko, cały rozmazany, a śmierdzi tak, że aż łzy z oczu lecą. Pasażerka w szoku. Coś tam dalej 76 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 gada do siebie. Czego panikujesz, myślę, stój sobie spokojnie, śmierdzi i już, tak bywa. Rozumiem, że trzeba się śpieszyć. Albo teraz albo nigdy. Ściągam, aż mi ulżyło. Dziewczyna chyba zemdlała, siedzi cicho. Stoję z gaciami, ostrożnie, zastanawiam się, gdzie ona jest dokładnie, żeby jej nie rzucić majtek na głowę przypadkiem i nie podeptać swoich spodni. Przysłuchuję się... Aaaa... siedzi na wprost. W inny róg trzeba celować. Nagle niespodzianka. Włączają światło i winda rusza. Zrozumiałem, że z dziewczyną coś nie tak. Oczy jej błyszczą, ręce się trzęsą, ustami jak ryba porusza. Wyobraziłem sobie teraz ten obrazek w windzie. Stoję do pasa rozebrany, w ręku osrane gacie, patrzę na leżącą kobietę. Nie tracę czasu, wycieram się, ubieram i stoję jak uczciwy obywatel, czekam na swoje piętro. Na podłodze kobieta, chyba martwa, w ręku brudne gacie. Stwierdziłem, że tak jej zostawić nie mogę i w tym smrodzie. Wyciągnąłem z windy, położyłem na piętrze i biegiem z tego budynku!!! Ona jakoś zaraz dojdzie do siebie, a mnie wstyd, że hej. Tylko jednego zrozumieć nie mogę. Czego się bała? Jeśli śmierdzi gównem, to znaczy, że ktoś się zesrał. O, jeśli by śmierdziało fiutem, to można zacząć się bać. Chociaż i w tym niczego strasznego niektóre nie widzą. O naszych krajach Skończyły się złote czasy. W kraju wszystko za pieniądze. W płatnej toalecie korzystający, który miał zatwardzenie i nic nie wydusił, może zażądać zwrotu pieniędzy. I nawet oddając sprawę do sądu, wygra! Każdą dziwną sprawę można oddać do sądu i wygrać! Główne zadanie sądu – być niezależnym. Głowna rola cerkwi – być niezależną. Sąd, cerkiew i naród całkowicie oddzielili się od państwa, nauczyciele oddzielili się od uczniów, milicja od złodziei, lekarze od chorych, wszystko... Nawet nie ma kogo zapytać, jeśli pojawi się problem. Na ekranie bez przerwy tylko strzelają, kochają się jedno z drugim, we krwi, w brudzie. I śpiewają. Piosenki sensem zbliżają nas do debilizmu. Seks całkiem 77 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 oddzielił się od miłości. Na weselach na okrzyk „gorzko” nie całują się, a posuwają się dalej. Kochankowie nazywają się partnerami, uściski nazywają pozycjami, pocałunki – grą wstępną. Zniknęły całkiem zaręczyny, a jedną z chorób wenerycznych jest ciąża. Reszta – normalnie. Odessa śpiewająca, W Dniepropietrowsku się poprawia, Kijów dawno poznał już, co to takiego korki uliczne. W dumie dyskusje czy emerytury wypłacać od 60 czy 65 (przy średniej długości życia 57). W sklepach jest wszystko, tylko kto będzie to wszystko jadł? Od 1917 roku jasne jest, że jedzą tak tylko „nowi Ruscy”. Piosenek w kraju śpiewa się 100 razy więcej niż dawniej, za to tekstów w nich 100 razy mniej. We wszystkich gazetach piszą o tym, jak zachowywać się w łóżku, jakbyśmy z niego nigdy nie wstawali. Wszystkie porady, jak spać, przespać się, a ani jednej – jak żyć. W rezultacie, jak okraść bank, wie każdy Rosjanin, jak bezpiecznie trzymać tam pieniądze – nie wie nikt. Nasza władza pracuje prawidłowo. Chodzimy dobrze ubrani. Kobiety odwrotnie – chodzą prawie rozebrane, gdzie się da, robią wszystko, żeby potem jakby co podać do sądu. Nowy prezydent dla wszystkich jest zagadką. Dawniej był tajemniczy kraj, potem tajemniczy naród, teraz tajemniczy prezydent. Rozumem tego wszystkiego nie ogarniesz. Tu trzeba czym innym myśleć. Czym? – my jeszcze nie wiemy. Dzisiejszego życia zrozumieć się nie da. Nie ma literatury, nie ma podręczników. Co jest dobrego w Rosji? Wszyscy żyją niedługo, nawet kryminaliści. Dlatego trzeba wytrzymać. A w zamian mrocznych i jednakowych pojawili się szczęśliwi i nieszczęśliwi. Choć teraz cały ten bałagan, ze wszystkimi swoimi plusami i niedostatkami, i tak bardziej przypomina normalne życie niż wtedy, kiedy łagier, więzienia, mięsny kombinat, fabryka butów czy komitet partii wyglądały jednakowo. 78 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Nie będziemy robić z siebie abstynentów. Ale z nałogów szczerze wybierzemy jeden. Kulturze narkotykowej my przeciwstawiamy się kulturą alkoholową. Nie tylko dlatego, że częściej się u nas pije (regularnie), niż kłuje. Kultura narkotykowa jest zamknięta, egoistyczna, kultura alkoholowa – otwarta i aktywna. Człowiekowi pijącemu potrzebne jest towarzystwo. Interesuje się innymi. Ćpun nie potrzebuje nikogo. Inny mu tylko przeszkadza, odciąga od przyjemności. Wywody z tego można rozwinąć nawet globalnie. Popatrzmy na sukcesy militarne ludzkości. Narkomani z obu Ameryk, wszyscy ci Aztekowie, Majowie, Inkowie ze swoimi kaktusami-pejotlami albo liśćmi koki. Wielkie kultury Średniej, Południowo-Wschodniej, Mniejszej i samej Azji z ich haszem i fajkami wodnymi. I gdzie oni wszyscy są teraz? Wszystko stracili, przegrali walkę z pijącymi wodę ognistą Europejczykami. A jak można jeść jakieś grzybki, otumaniać się muchomorkami? Przecież wiadomo, że grzyby są dobre z cebulką, smażone albo suszone. Jak można je porównywać z dającymi kopa stoma gramami? Jak do głębi zrozumiał to kniaź Włodimir – „Na Rusi się wesoło pije” – i odpędził całkowicie od nas islam. I jeszcze jedno. Olewajcie zawsze rośliny. Pijący winko Francuzi i Hiszpanie przeciwko Brytyjczykom z ich whisky, dżinem i kolonialnym rumem – i kto królował na morzach? Zima 1812 roku pokazała przewagę rozgrzewającej wódeczki nad bordo i chablis... Hitlerowi też wszystko wychodziło, dopóki nie poszedł ze swoim ubogim sznapsem na naszą czyściochę. A my jeszcze sojuszników z angielskim scotchem mieliśmy. Synom Hirohito, z ich dwudziestoprocentowym sake, z nami się nie udało, ani z pijącymi burbony Jankesami. Rosję, Ukrainę czeka więc wielka przyszłość. Nie dlatego, że Putin czy tam Janukowycz... tylko dlatego, że Smirnoff, Hortyca czy Hlibnyj Dar. 79 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Różnica kultur? To już tydzień jak odpoczywamy w Turcji. Przyzwyczaiłem się już do rozkładu dnia wczasowicza. Wiem co, gdzie i o jakiej porze należy robić i to właśnie robię. Jeszcze trochę i całkiem mi obrzydnie tak daleko od domu kąpać się w morzu, dostawać czyste ręczniki, brać udział w konkursach, o jednej i tej samej porze przychodzić na obiad, i nie dostawać za to ani grosza... Każdego ranka po śniadaniu, kiedy z rodziną wybieramy się na plażę, zostawiam w pokoju, na mojej poduszce jednego dolara dla podniesienia bojowego ducha u niewidzialnej tureckiej sprzątaczki. Nie jest to żaden wyczyn z mojej strony i też nie twierdzę, że ona bez tego nie wywiązywałaby się ze swoich obowiązków, ale zawsze po powrocie znad morza wita nas czyściutki pokój ze świeżą pościelą na posłanych łóżkach. Czego chcieć więcej? Ale dzisiaj wszystko ułożyło się inaczej. My z synem już wczesnym świtem zmierzaliśmy wąskimi serpentynami na wycieczkę do jakiegoś Dołman-Hrełman albo Hrełman-Dolman, a w pokoju została żona, która w przeciwieństwie do nas dobrze się wyspała, a potem miała pochodzić po mieście. Wieczorem, zmęczeni i głodni po takiej wyprawie, zaszliśmy na plażę, żeby zabrać naszą mamę, a co ważniejsze klucze od pokoju. Wchodzimy do środka i nie wierzymy własnym oczom. Po kolorze walizki wygląda, że to nasz apartament, ale coś jest nie tak! Dookoła jakieś zwierzątka różnych rozmiarów i kolorów, zrobione z moherowych ręczników i serwetek. Tu rybki, tu chyba gęś... a to dinozaur? Czy to jakieś dziwne święto narodowe? Nasze łóżka usypane płatkami róż. Wszędzie też rozstawione kwiaty, naturalne pomieszane z takimi powycinanymi z serwetek. Nawet na moim laptopie stoi talerzyk z wodą, w którym pływa jakiś kwiatuszek-lilijka. Nie wiemy, co myśleć. Może według tureckich pojęć powinniśmy zostać powaleni tymi ozdobami. Ciszę przerwała żona: – Wydaje mi się, że trumnę z ciałem zmarłego dopiero co wynieśli, a my nie 80 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 zdążyliśmy ani się z nim przywitać, ani pożegnać... Wszystko jeszcze ułożone było w kształcie serduszek, nawet buty. Na pewno, gdyby nasza niewidzialna sprzątaczka miała więcej czasu, to i pilota od telewizora ogrzałaby nad ogniem i wygięła w serce... Podobało się tylko naszemu synowi. A my się zaczęliśmy zastanawiać... Jeśli to ukryta kamera? To dlaczego u nas akurat i co dalej? Doszliśmy do wniosku, że do naszego hotelu przyjechał z wizytacją turecki minister turystyki, ale żona odwiedziła wszystkich sąsiadów i okazało się, że u nich wszystko jest jak zawsze. Późnym wieczorem, kiedy pogodziliśmy się z faktem, że w świecie jednak zdarzają się niezbadane i tajemnicze sytuacje oraz zjawiska, małżonka nagle spytała: – Dziwne, gdy dzisiaj rano wróciłam z bazaru, zostało mi 50 euro w jednym banknocie i nie chciało już mi się otwierać sejfu, żeby je schować. Wsadziłam je pod twoją poduszkę... nie brałeś? Barszcz Przygotowanie potraw dla niektórych kobiet to domowe hobby. Prawidłowo! Barszcz ukraiński jak najbardziej wpisuje się do naszej narodowej, smacznej kuchni. Ale jakie miejsce ta zupa może zająć w sztuce? REALIZM. Wszystko jak zawsze. Dusić warzywa, buraki, cebulę, marchew itp. Na mięsnym bulionie, dołożyć kapusty, ziemniaczka. Gotować, aż się ugotuje. IMPRESJONIZM. Przygotować normalnie. Przed podaniem zmiksować. EKSPRESJONIZM. Włożyć do garnka całe buraki. Za godzinę ziemniaki, marchew. Całą cebulę i całą główkę kapusty. Gotować trzy godziny. ROMANTYZM. Wszystkie produkty pokroić w kształcie kwiatuszków. HIPERREALIZM. Ugotować buraki, ziemniaki. Pokroić cebulkę, kapustę, ogórki kiszone. Całość polać roztopionym masłem. SZTUKA ALTERNATYWNA. Ugotować całość nie na zwykłym bulionie, a 81 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 np. na bulionie z kuropatw, bażantów albo owoców morza. PRYMITYWIZM. Podać gościom nieświeże produkty. NEOPRYMITYWIZM. Chcących zjeść zupę ludzi wysłać do sklepu na zakupy, stworzyć im możliwość przygotowania potrawy samemu. ABSTRAKCJONIZM. Wyjść na dwór, nazrywać trawy, obojętnie jakiej, jaka będzie pod ręką, zalać wrzątkiem, gotować 40 minut. Sól, pieprz do smaku. NEOKLASYCYZM. Bulion zamienić na proszkowy, świeże warzywa na suszone. KONCEPTUALIZM. W talerze nalać wrzącej zupy. Podawać bez soli i pieprzu. HIPERKONCEPTUALIZM. Podać gościom pełne talerze aromatycznej zupy, a łyżki schować tak dobrze, żeby nikt nie znalazł. Gospodarz przeprasza gości, wychodzi w nagłej, bardzo ważnej sprawie. BARSZCZ OP-ART. Nalać pełen talerz zupy i pokazać go mającym ochotę zjeść. Wszystko. BARSZCZ POP-ART. Mającym ochotę zjeść barszcz powiedzieć „Figę wam, a nie zupę, wynocha”. Wszyscy rozchodzą się pod wrażeniem. Akcja sztuka udała się. EKLEKTYKA. Barszcz ozdobić jasnymi różyczkami. FUTURYZM. Barszcz jemy z koryta po 7 porcji na głowę. Obowiązkowo w cylindrach i fraku. Nieobowiązkowo, ale wskazane jest ubrać żółte kalesony. HIPARYZM. The Barszcz gotować z kradzionych i znalezionych warzyw po zamknięciu targu. Konopiami przyprawiać. O soli zapomnieć. Jeść łyżką aluminiową ukradzioną ze stołówki studenckiej. Łyżkę nosić na szyi zamiast krzyżyka. Much nie odpędzać. HAPPENING. Po tym jak goście już dobrze się najedli, zademonstrować im ugotowanego w zupie kota. Akcja pt. „A potem zupa z kotem”. POSTMODERNIZM. Gościom nalewać niewidzialny barszcz, czyli udawać, że jest. Wszyscy powinni udawać, że jedzą. A tego kto powie, że nic tu nie ma, wygonić za prostactwo i chuligaństwo. 82 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 SYMBOLIZM. Gościom podajesz talerze z karteczkami, na których piszesz: burak, marchew, ziemniak, kapusta, cebula... itp. STYL FOLKOWY. Na stół stawiasz koszyk z surowymi warzywami. Dalej goście powinni sobie sami ugotować. PERFOMANSE. Zaproszonych na barszcz gości gospodarze witają ubrani jak ich matka rodziła. Niech gotowanie smacznych potraw będzie dla Was przyjemnym, domowym hobby, a nie ciężkim obowiązkiem. 83 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 NOCĄ Nocą w ukraińskich miastach jest tak samo niebezpiecznie, jak we wszystkich innych europejskich. Nie należy łazić, gdzie nie trzeba, a wszystko będzie jak najbardziej w porządku. To do takich, którzy na wieść, że jadę na Ukrainę, z miejsca wybałuszają oczy i przerażeni pytają: „A ty się nie boisz?!”. Wiele razy znajdowałem się w środku nocy w różnych zakamarkach miast. Nie mówię tu o ścisłym centrum, gdzie jak wszędzie trwa bujne nocne życie towarzysko-knajpiano-dyskotekowe. Na dworcach nocą też jest bezpiecznie. W dalszej ich okolicy to już inaczej może być, ale to przywara chyba wszystkich dworców na świecie. Na lwowskim, który jest dość duży, trwa ciągły ruch. W poczekalniach dosłownie tłumy, często nie ma gdzie przysiąść, chociaż są dosyć obszerne. I dużo milicji. Mundurowych i po cywilnemu. Nic wam nie grozi. Ciekawym dla mnie doświadczeniem, aż uległem zdziwieniu, było zachowanie kibiców również oczekujących na pociąg. Nie było gdzie choć na chwilkę posadzić tyłka, żeby dać ulgę zmęczonym nogom. Chłopaki w szalikach, rasowi kibice, przysiedli za lodówkami w części należącej do punktu gastronomicznego. Sprzedawczyni wyskoczyła, ochrzaniła zdrowo, oni przeprosili, spuścili głowy i odeszli. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego mogło wydarzyć się w Polsce. Z naszymi kibolami nie udałoby się tak raczej. A tak na co dzień bez większych atrakcji. Pijakami, młodzieżą wyglądającą na uciekinierów z domu i w ogóle wszelkim podejrzanym elementem zajmuje się od razu milicja. Żal mi tylko było koczujących staruszek w starych płaszczach i chustkach na głowach. Przyjeżdżają handlować na bazarze, sprzedają to, co na wsi można wyhodować, aby dorobić do głodowej emerytury. Na nocleg ich nie stać, spędzają więc noce w poczekalniach dworcowych, wraz z torbami zawierającymi ich towar. Serce się kroi. A weźmy dla przykładu kurorty, zwłaszcza te nadmorskie. Odessę chociażby. 84 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Tu przy samej plaży całą noc trwa wielki bal w okolicznych lokalach. Dyskoteki, tańce na rurze... jedna wielka impreza dla przyjezdnych, ale i miejscowi nie odmawiają. Często niedobitki, albo polegli podczas zabawy, leżą, śpiąc twardym snem na plażowych ławkach, kiedy ta zapełnia już się wczasowiczami. Czasami ktoś się zlituje i nakryje przynajmniej głowę, bo z odeskim słońcem żartów nie ma. Ale w oddalonym centrum również życie kwitnie. Pooddychajmy trochę atmosferą, o jakiej w swoich piosenkach śpiewa Alosza Awdiejew; tylko na słynną Mołdawiankę, dzielnicę słynącą z mieszkańców nie bardzo przestrzegających prawa, lepiej się nie zapuszczajmy, bo tam i dzisiaj może być nocą niebezpiecznie. Deptaki, knajpy pełne turystów, gra muzyka, spacer to coś bardzo przyjemnego. Można też pojeździć dorożką. Pięknie oświetlone wystawy, zwłaszcza antykwariaty z cudami z dawnych czasów. Wrażenie robi wejście do meczetu. Pochodzić należy obowiązkowo po starówce, deptakach, a potem po słynnych „potiomkinowskich schodach” zejść do portu tzn. morwagzału. Schodzę więc w międzynarodowym tłumie na dół... a tu na dole jest jezdnia, czego nie widać prawie nigdy na zdjęciach czy w telewizji. Przystanki autobusowe i knajpka, gdzie można napić się czegoś i odetchnąć. Zamawiam i ja piwko, odpoczywam, delektuję się smakiem i przyglądam turystom. Słychać przeważnie rosyjski, ukraiński, niemiecki i angielski. Nagle z zadumy wyrywają mnie dziwnie brzmiące gdzieś za plecami słowa w również znanym mi narzeczu: „o k...a, jakie chu...e piwo!”. Bo Polacy nie gęsi i swój język mają. W porcie też jest co zobaczyć. Cumujące kilkupiętrowe statki pasażerskie o różnych banderach, z reguły raczej krajów czarnomorskich. Na pokładach tańce i zabawa. Duży „parking” prywatnych jachtów; widzę kilka katamaranów, wielkością, ilością i jakością łajby wcale nie odróżniają się od tych w portach zachodnioeuropejskich. Pomnik przedstawiający kobietę z dzieckiem żegnającą odpływającego małżonka i ojca w rejs oraz stara cerkiewna kapliczka to portowe zabytki. Jeszcze rzut oka na latarnię morską,”odeski majak”, i można wracać na 85 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 kwaterę. Miejska komunikacja, czyli marszrutki, funkcjonują przez całą dobę. A niedaleko domu całodobowo czynny market, można więc bez kolejek uzupełnić zapasy w lodówce. Kupiłem jeszcze lody, siadłem na ławce przed blokiem, spokojnie skonsumowałem i nie przypłaciłem tego życiem czy utratą choć jednej kopiejki. 86 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 87 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 PLAŻA Jeżeli ktoś lubi wypoczynek aktywny, zwiedzanie, góry i morze jednocześnie, ma dość dużo pieniędzy, to idealnym miejscem dla niego jest Krym, a zwłaszcza jego południowa i wschodnia część. Tam znajdzie wszystko, czego szuka. Na zachodzie bowiem mogą urlop spędzać tylko miłośnicy plażowania, ponieważ nie ma tam innych większych atrakcji. Ale plaża krymska na całej swej długości jest bardzo zatłoczona, a wręcz zapchana, za to z cenami o wiele wyższymi niż w wielu światowych kurortach. Zupełnie inaczej jest w Odessie. Mniej prestiżowo (w mniemaniach ukraińsko-rosyjskich oczywiście), ale również miło można spędzić urlop. Miejsce mojego zamieszkania od kąpieliska dzieliły 2-3 przystanki jazdy tramwajem lub 15-20 minut spaceru. Znajdowało się tuż za dawnym pionierskim obozem „Młodej Gwardii”. Już od prawie samego przystanku tramwajowego do właściwej plaży witały stragany oferujące pamiątki, koszulki, popcorn, hot-dogi, lody, napoje i wszystko, co może być potrzebne ludziom w takich miejscach, jak chyba na całym świecie. Niektóre zresztą, dokładnie takie same – zwłaszcza latarnie morskie, marynarzyki, wiatraczki – można kupić nad naszym Bałtykiem, azjatyckiej produkcji zapewne. Ja zawsze kupuję tielniaszkę, tj. charakterystyczną marynarską lub wojskową koszulkę w paski i nadal nie posiadam takiej w swojej garderobie, bowiem każdą zawsze oddaję komuś w prezencie. Jak się okazuje, bardzo wiele osób chce taką właśnie posiadać. Za straganami coś w rodzaju wesołego miasteczka: karuzele, strzelnice, automaty do gier, wszystkie znane wyciągacze pieniędzy. Dalej wzdłuż nadbrzeża ciągną się lokale gastronomiczno-rozrywkowe, niektóre są własnością stojących również tam, tylko bliżej miasta niż wody, hoteli. Mamy jeszcze camping i całą szeroką interesującą nas plażę właściwą wraz z molo. Fajnym pomysłem są dmuchane duże baseny wraz ze zjeżdżalniami dla dzieciaków, które mogą i tu się popluskać, niekoniecznie trzeba puszczać je do morza. Odeskie słońce 88 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 jest naprawdę silne i potrafi być niebezpieczne. Miejscowi więc zalecają plażowanie, i tak zresztą sami robią, w godzinach popołudniowo-wieczornych. Pierwszy raz tak właśnie zaprosili mnie „na morie”. Po pracy. Pojechać, popływać, pobiesiadować i do domu. Po drodze obowiązkowo zaopatrzenie w piwko, napoje, coś do przegryzienia i niezastąpioną suszoną rybę. Życie na plaży jeszcze trwa, a w okolicznych lokalach dopiero się zaczyna. W koszach na śmieci i wokół nich przesypują się puste butelki, opakowania itp. Widać, że turystów w dzień bywa tu bardzo wielu. Ale pierwsze na co zwróciłem uwagę, to grupa czarnoskórych kobiet, wszystkie fantazyjnie, kolorowo ubrane i u każdej egzotyczna fryzura, oferujące zainteresowanym skręcenie dredów. Nie jest to więc taki koniec świata ta Ukraina, jeśli zajmują się tym i oferują to samo co ci w Maliboo. Miałem wolny dzień, ponieważ był to lipiec, pogoda jak to nad Morzem Czarnym, więc postanowiłem i ja poplażować. Zabrałem ze sobą nieodzowne wyposażenie, ruszyłem zdobyć trochę opalenizny. Ludzi już trochę było, wybrałem więc odpowiednie miejsce i postanowiłem skorzystać ze stojących tam leżaków. Czytam książkę, nagle pojawił się nade mną jakiś cień, postać. – Tak? – pytam. A to całkiem młody facet, uśmiecha się do mnie, pobłyskując złotymi zębami: – Ja rozliczyć się, za ten leżak. No tak, leżaki są płatne, ale nie wiedziałem, jak i gdzie to się załatwia. – Dobrze, jasne, już płacę. 10 hrywien i mogę tu sobie leżeć do samego wieczora. – Pan na pewno z Priboja? Z tego hotelu tutaj? Pierwszy raz? – próbował zagaić rozmowę, ale przybywające plażowiczki zmusiły go do zajęcia się obowiązkami służbowymi. Miły facet swoją drogą, uczynny. Przynosił według życzenia poduszki, kocyki, wszystko w cenie. Rzeczy osobistych też pilnował, jeśli ktoś chciał się oddalić popływać czy w innym celu. Zachciało mi się pić, podskoczyłem do budki z piwem i kupiłem też dla niego. Zasłużył i spodobał mi się. Krępował się trochę, ale 89 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 zdobyłem tym oddanego kolegę. Plażowicze jak wszędzie i zajmują się tym co zwykle, na wszystkich plażach świata. Niestety zapomniałem o ostrzeżeniach znajomych. Słońce trochę mnie poparzyło. Ironicznie patrząc na mnie, stwierdzili: – Dorwał się jak Ruski do słońca. 90 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 91 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 BAZAR Bazary są wszędzie i bardzo różne. Takie małe, lokalne, osiedlowe, przy każdym większym skupisku mieszkańców, coś takiego jak w Polsce na początku lat 90-tych. Tradycyjnie zaopatrzyć się tu można we wszystkie produkty spożywcze, a więc budki-stragany z warzywami i owocami, nabiałem, delikatesami itp. Dużym zainteresowaniem cieszą się wyroby „domowe”, tj. śmietana, masło, słonina czy kura z przydomowej hodowli. Stanowiska handlowe są bardzo różne, często dosyć skromne. Widywałem ludzi targających codziennie domową wagę, a cały ich asortyment to worek ziemniaków, woreczek buraków i miska fasoli. Na życie zarobić jakoś trzeba, choćby i tak. Czasami siedzą staruszki, sprzedają papierosy, nawet na sztuki, zapałki, przysłowiowe mydło i powidło. Są i profesjonalne sklepiki, pawilony. Dokładnie jak u nas. Oprócz placów wyznaczonych do uprawiania tego fachu wielu targujących ustawia się w miejscach niedozwolonych, najchętniej wzdłuż dużych, często uczęszczanych ulic. I tu trwa nieustająca zabawa z milicją w kotka i myszkę. Przyjdą, spiszą, wlepią mandaty tym, którzy nie zdążyli się w porę ewakuować, a następnego dnia wszystko po staremu. Zawsze w tym interesie jest ruch. Ludzie chętnie zaopatrują się na targu, a i mnie się niejednokrotnie zdarzało. Nie spotkałem się co prawda z sytuacją, o jakich opowiadały mi zaprzyjaźnione Lwowianki: „U nas na bazarach coraz większe chamstwo. Chodzę, oglądam, a tu sprzedająca baba do mnie: – Co jabłka tylko oglądasz. Kupować będziesz? Tylko mi towar psujesz! A u drugiej kilka dni później to samo: – Kupujesz? Bo nie wyglądasz mi na taką, co pieniądze ma!”. Do mnie nikt tak jeszcze nie wyskoczył, ale może wszystko przede mną? We Lwowie znam tylko bazar usytuowany niedaleko dworca kolejowego, drugi w pobliżu opery i trzeci bardzo ekskluzywny, już w samym ścisłym centrum. Ten tylko dla turystów (bogatych), bo asortymentem są tu wyroby narodowego rękodzieła 92 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 ukraińskiego, jak w naszej Cepelii. Te duże targowiska to coś w rodzaju centrów handlowych. Pawilony dosyć duże, właściwie sklepy, bo handluje się tu takimi rzeczami jak meble czy materiały budowlane i wykończeniowe, miejsca do tego potrzeba wiele. A słynny odeski bazar PRIWOZ to miejsce nawet historyczne. Pojawia się w pieśni, literaturze i filmie. To tu od zawsze panował miejscowy słynny półświatek. Położony w dobrym miejscu, w centrum miasta, niedaleko parku i ogrodu zoologicznego. Dziś to targ, niby jak każdy inny, ale na pewno ma wiele swoich tajemnic i odbywają się tu nadal transakcje, o których nikt niewtajemniczony nigdy się nie dowie. Ja odwiedziłem go tylko raz, tak turystycznie. Chciałem zobaczyć miejsce, o którym śpiewa Alosza Awdiejew. Na pierwszy rzut oka niczym się nie różni od innych, choćby położonego o wiele bliżej mojego miejsca zamieszkania, Bazaru Siewiernyj (północny). Co dzień w jego kierunku zmierzają tłumy klientów, marszrutki i tramwaje opróżniają się na przystankach w pobliżu i zapełniają od razu na nowo powracającymi już z zakupów. Wraz z tłumem przechodzę przez jedną z bram. Pierwsze na co zwróciłem uwagę, to kobiety siedzące na taboretach. W rękach trzymają pęki banknotów. To takie kantory, punkty wymiany podobno po dużo korzystniejszym kursie niż w miejscach posiadających do tego oficjalne uprawnienia, których na targowisku zresztą też jest kilka. Wrzucam trochę hrywien do pudełka proszącemu o wsparcie człowiekowi bez nóg, ubranemu w mundur wojsk powietrzno-desantowych, błękitny beret, na piersi ordery. Słyszałem o ich rentach, takich dziesięciu weteranów-inwalidów nie dostanie razem tyle, ile nasz dzielny agent Tomek. No ale też nie są tacy przystojni. Targowisko wielkie, właściwie można tu kupić wszystko w pawilonikach, na straganach i nawet wygrzebać ciekawostki wśród kupy rupieci, bo handlarzy starzyzną też nie brakuje. Wrażenie w takich miejscach robią na mnie zawsze wielkie hale, w których sprzedaje się ryby a w innych mięso. I ciekawe co powiedziałby o tym nasz Sanepid. Zatrudnienie i zarobek znajduje tu naprawdę bardzo wiele osób. Nie tak dawno gruchnęła wieść, że bazar zostanie zamknięty, ponieważ został 93 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 sprzedany zagranicznym biznesmenom. Zaczęły się dość gwałtowne protesty, szybko doszło do zamieszek. Tłum przekonany, że odbiera im się miejsca pracy, ruszył pod siedzibę dyrekcji i zarządzających obiektem. Skończyło się demolką, podpaleniem, niestety jeden z dyrektorów dość poważnie ucierpiał. Skończył w szpitalu. Całe zamieszanie okazało się niepotrzebnym incydentem, bowiem sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Otóż miejscowi hochsztaplerzy sprzedali bazar na zasadzie takiej jak „warszawskie cwaniaki” sprzedają naiwniakom Kolumnę Zygmunta. Znaleźli naiwnych Czeczeńców i z nimi dokonali poważnej, handlowej transakcji. Wiadomość o tym wyciekła i stało się, jak się stało. Handlowcy bronili swoich praw, zniszczono pawilon dyrekcji, a sam kierownik oberwał. Odeski półświatek zarobił, biznesmeni kaukascy ponieśli znaczną stratę finansową, a wszystko wróciło do normy i toczy się jak dawniej. Na mojej ulicy też funkcjonuje miejscowy, lokalny bazarek. Do nabycia również wszystko. Przy czterdziestostopniowym upale mięsko czy mleko i serek – bez lodówki, ale chętni są. Często handlowcy zabijają nudę, siadając przy stoliku jednego z nich, popijają wódeczkę, przegryzają czymś ze swojego asortymentu. Smutno nie jest. Ciekawa propozycja u kobiety sprzedającej ziemniaki. Można kupić tradycyjnie jak na całym świecie albo, jedynie hrywnę drożej za kilogram, już obrane. Pływają sobie już takie poważone, czyste, w garnkach z wodą, a sprzedawczyni obiera przez cały czas w oczekiwaniu na klientelę. Miejscowy uczastkowy, czyli dzielnicowy, często tu bywa. Przechadza się między straganami, a kupcy pakują mu i wręczają, zachwalając jednocześnie, a to pomidorki, a to jabłuszka czy banana. Kryguje się, ale przyjmuje pakieciki. Jego mama też tu handluje dwa razy w tygodniu. Pościelą i ręcznikami, ale ma też chyba najlepsze wino domowe w okolicy. Według ukraińskich przepisów można tym oficjalnie handlować. Bardzo smaczne, winogronowe, polecam. Kupuję u niej często. Polubiła mnie nawet, bo każe się nazywać ciocią Leną. Czasami wśród straganów pojawia się duchowny – pop. Na piersi oprócz krzyża wisi też puszka, skarbonka. Kropi święcona wodą i błogosławi: „Haroszej 94 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 wam targowli, niech was Bóg błogosławi...”. Kobiety żegnają się znakiem krzyża i co któraś podbiega, i wciska banknot do puszki. A mówią, że komunizm zabił tam całkiem religię. Podziwiam, co może radziecka konstrukcja na przykładzie Wołgi 21. Takie jeszcze pracują tu na bazarze i z powodzeniem zastępują dostawcze busy. Solidnie zapakowane, wykorzystując też powierzchnię na dachu, potrafią naprawdę przewieźć bardzo wiele. W Odessie jest zresztą dość dużo starych samochodów w świetnym stanie. To chyba zasługa klimatu, że nie starzeją się, a zachowują dłuuuugo młodość, urodę oraz urok – i kobiety, i samochody. Kolorytu dodaje naszemu bazarkowi lokalny bar. Właściwie to są tu dwa, ale o tym drugim mieszkańcy mają nie najlepszą opinię. Podobno właścicielka oszukuje na procentach, sprzedając najbardziej tu popularne napitki, czyli gorzałkę i piwo. Znam więc tylko ten jeden, od parasoli reklamujących piwo Desant, rozpostartych nad stolikami, nazywamy go Desantnikiem. I tak lokal otwiera się wraz z godzinami rozpoczynania pracy na bazarze, bowiem handlowcy też są jego stałymi klientami, a zamykany jest zapewne wraz z ostatnim klientem. Tego nie wiem akurat, nie dane było mi sprawdzić. Każdego ranka znajduje się jakiś chętny, który pracującym tu kobietom pomoże rozstawić krzesła i stoliki, rozłożyć parasole za symboliczny kufelek. W środku w barze miejsca niewiele. Tak na trzy, może cztery stoliki. Lada, na niej poustawiane talerzyki z zakąskami, tj. suchą rybką, kanapkami. Kilka lodówek z napojami i telewizor. Całe życie knajpiane toczy się na zewnątrz przy stolikach. Frekwencja duża. I dużo się dzieje. Czasami ktoś, kto nadużył trunków, spokojnie odsypia kilka metrów od lokalu, w krzakach pod najbliższym blokiem, przez nikogo nieniepokojony. Widziałem nie raz, jak mężczyzna, wysłany zapewne przez małżonkę na zakupy, z pustymi jeszcze torbami wchodzi do baru, zamawia sto gram, zanim zdąży odebrać resztę, już przegryzł, i spokojnie udaje się na targ. W drodze powrotnej podobna akcja, z tym że teraz odstawia już pełne siatki. Pokrzepia się i wraca spokojnie do domu. Jak zawsze w tego typu miejscach bywa czasami, że 95 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 ktoś kogoś ma ochotę rąbnąć w pysk. Przeważnie agresor szybko jest przywoływany do porządku przez pozostałych. Jednego razu doszło do poważniejszej draki, ktoś, zapewne poszkodowany, wezwał milicję. Co dziwne winien zamieszania wcale nie uciekał, a raczył się dalej alkoholem ze swoimi znajomymi. Być może wiedział, że i tak go zaraz znajdą, więc po co porzucać kupione już dobro? W końcu podjeżdża radiowóz. Stara łada. Wysiada dwóch funkcjonariuszy w jasnych, tropikalnych mundurach. Wszyscy zwracają się do nich z wielkim szacunkiem. Chwila wyjaśnień, po czym sprawcy zamieszania wsiadają grzecznie na tylne siedzenia samochodu, mieści się w środku trzech wcale niemałych facetów, i odjeżdżają na komisariat. „O, teraz to ich dokładnie tam sprawdzą. Odciski palców i wszystko. Jak już zabierają, to coś muszą znaleźć”. Udzielają mi wyjaśnień zorientowani w takich zwyczajach miejscowi mieszkańcy. Nikogo właściwie nic nie dziwi. O, tak po prostu. Stało się. Na co dzień jest spokojnie. Jako miłośnik staroci i antyków poprosiłem, aby zabrano mnie na targ staroci. Tu nazywa się to „bazar starokonyj”. Pojechaliśmy więc którejś zdaje się niedzieli. Co dziwne targowisko nie mieści się, jak to bywa, na jakimś wyznaczonym placu – handlarze rozkładają się wzdłuż ulic w jednym z miejskich kwartałów. A na targu wszystko i nic. Spodziewałem się czegoś ciekawszego, może tymi prawdziwymi starociami-antykami już się tu teraz nie handluje. Bardziej zainteresowała mnie architektura i stan okolicznych budynków, niż to co można było tu nabyć. A czasami trafiały mi się naprawdę perełki w tego typu miejscach i za bardzo abstrakcyjną cenę! Będąc na Ukrainie czy w Rosji, polecam jednak gorąco odwiedzić takie miejsce! W Rosji bardzo podobnie. Kraj tylko dużo bogatszy od Ukrainy, a więc i obroty wraz zarobkami na targowiskach dużo większe. Na bazarach zauważycie od razu dużą liczbę handlowców kaukaskiego pochodzenia, Gruzinów, Dagestańczyków, Ormian i wszelkich innych tamtejszych nacji. W pobliżu wszystkich miejsc chętnie i często odwiedzanych przez turystów – stragany, na których sprzedaje się różnego rodzaju gadżety związane z Rosją i dawnym Związkiem Radzieckim. Figurki, 96 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 maskotki, czapki, flagi, lalki, gry itp., wszystko bardzo chętnie kupowane przez zagranicznych turystów. W pobliżu Placu Czerwonego przebierałem na takim właśnie straganie, stojącym w rzędzie jemu podobnych, próbując wygrzebać coś ciekawego na prezent. Obok mnie stanęła para zainteresowana żelaznym modelem rakiety z napisem CCCP. – Skolko? – zapytali z zauważalnym obcym akcentem i widać było, że jest to jedno z nielicznych słów rosyjskich, jakie znają. – 1400 – odpowiedziała sprzedająca z pięknym uśmiechem. Turyści nie zrozumieli, patrzyli ze zdziwioną miną i trochę na migi zaczęli kontynuować rozmowę. – Skolko? How much? – A wy skąd jesteście? Espania? – Yes, Espania. – A Epania, tak 2000. 97 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 98 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 MOSKIEWSKIE PRZEDSZKOLE Czytając streszczenie „wykładu” pewnego „słynnego reżysera”, słynnego właściwie chyba tylko z tworzenia teorii spiskowych, obrażania znanych ludzi itp., zaintrygowało mnie stwierdzenie, jakoby imperializm rosyjski wpajany był dzieciom już od lat najmłodszych. Postanowiłem więc przyjrzeć się pracy jednego z moskiewskich przedszkoli. I zdobyłem kolejny dowód na to, że pan reżyser chyba nigdy w Rosji nie był. Na czym opiera swą wiedzę nie wiem, ale właściwie już mnie przestało to interesować, szkoda czasu. Przedszkole pracuje jak każde inne na świecie, jego zadaniem jest zapewnienie opieki dzieciom, nie zapominając o innych aspektach edukacyjno-wychowawczych. Typowe osiedle w wielkiej metropolii, wokół wysokie bloki, sam budynek także przypomina nasze, polskie przedszkole, tylko jak wszystko w Moskwie jest większy. Sale zabawowo-lekcyjne, kuchnia, magazyn, zaplecza, część administracyjna oraz... basen! Wszystko wyremontowane, zadbane, czyściutkie. Plac zabaw. Instytucja podlega pod ichnie ministerstwo oświaty, więc podobnie jak szkoły pracuje tylko w okresie roku szkolnego, to jest od początku września do końca maja. Dzieci w wieku 5-6 lat podzielono na 11 grup. W grupie około 20 dzieciaczków. Odpowiednio dobrany i wykształcony personel. Na każdą grupę jedna nauczycielka i pomocnica, ta bardziej od spraw gospodarczych, pomaga sprzątnąć, umyje kubeczek itp. Wychowawczynie bardzo przyjemne i sympatyczne (tu wspomniałem swoje koszmary z dzieciństwa, a o urodzie już nie dyskutujmy). Pracują do godziny 19, bo i tak bywa, że zapracowani rodzice zostawiają dziecko na cały dzień lub w różnych godzinach. Pojawia się tu cały przekrój społeczeństwa. Robotnicy, prości ludzie, wykształceni, na stanowiskach, biedni i bogaci biznesmeni. Koszt miesięcznej opieki nad dzieckiem to ok. 125 złotych. Są oczywiście zniżki i pomoc od państwa. Rodziny wielodzietne i samotni rodzice nie płacą w 99 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 ogóle, dla nauczycieli i wojskowych rabat 50 procent. W zamian za to przedszkole oferuje wszystko, co powinno być. Dzieci są nakarmione, rano dostają śniadanie, później porcje owoców i naturalne soki, wreszcie obiad i podwieczorek. Zajęcia edukacyjne, oczywiście w odpowiednim zakresie, obejmują matematykę, naukę czytania i pisania, literaturę i sztukę, rysunek, malowanie, prace ręczne, lepienie z plasteliny, modelowanie, muzykę i ekologię. Wychowanie fizyczne, naukę pływania i zabawy na basenie. Z dziećmi pracują też logopedzi i psychologowie. Podczas spacerów wychowawczynie starają się pokazać maluchom otaczającą ich przyrodę, wplatając umiejętnie przekaz wiedzy we wspólną zabawę, a także w ten sam sposób przyswajają je do trudów przyszłego codziennego życia. Poświęca mi swój czas Natalia, wychowawczyni jednej z grup. Bardzo ładna, miła i sympatyczna. Nie dziwię się, że dzieci ją uwielbiają. Sam im trochę zazdroszczę. Pytam, czy chce coś powiedzieć jeszcze o swojej pracy. – Praca bardzo ciekawa, oddajemy się jej w pełni, czasami bardzo trudno bywa, emocjonalnie. Przychodzisz do domu i jeszcze pracujesz, przygotowujesz się do zajęć, piszesz plan pracy. Podczas wszystkich świąt i z różnych takich okazji organizujemy przedstawienia – występy, a w nich też wychowawcy występują w rolach, jak dzieciaki. Jedyne na co mogę narzekać, to jak wszyscy zawsze – na zarobki. Bardzo dziękuję Pani Natalii za pomoc, poświęcony czas i informacje dla polskich czytelników. A panu „reżyserowi” i jego zwolennikom powiem tylko tyle, że nie zauważyłem tam żadnej politycznej indoktrynacji. Nigdzie nie biegają putinowskie zombie, tylko normalne, miłe dzieciaczki, a na terenie całego obiektu nie ma nawet portretu przywódcy! 100 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 LIST DO POLAKÓW Smoleńsk, Katyń, zsyłki, powstania... nasza wspólna trudna historia. A jak to widzą Rosjanie? Czy do końca tak, jak przekazują nam media? To list Rosjanina, swoją drogą wielkiego przyjaciela naszego narodu, ale też rosyjskiego patrioty. Może warto poznać ich punkt widzenia? List nieopublikowany w kilku polskich dużych dziennikach, pomimo zapewnień, że tak się stanie. Dlaczego właściwie? Niewygodny? Oceńmy sami. Pisownię autora zachowuję oryginalną, żadnych ingerencji w tekst. Ukazał się w „Gazecie Wrocław”. Minął ponad rok od katastrofy w Smoleńsku. Z optymistycznych prognoz poprawy stosunków polsko-rosyjskich powoli nie zostaje ni śladu. Często oglądam wiadomości telewizyjne, słucham polskich i rosyjskich dziennikarzy, czytam artykuły na temat Rosji, a także rozmawiam ze zwykłymi Polakami. Muszę przyznać, że w morzu materiałów informacyjnych rzadko można spotkać się z obiektywnym przedstawieniem opinii panujących w społeczeństwie rosyjskim. Popularny dziennikarz Gazety Wyborczej Wacław Radziwinowicz w swoich artykułach w sposób prymitywny dzieli Rosjan na „dobrych” i „złych” w zależności od tego, na ile ich poglądy są zgodne z jego własnym zdaniem. Pierwsi to oczywiście ci, którzy przynosili kwiaty pod polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne po katastrofie smoleńskiej oraz reprezentanci naszej niezbyt patriotycznie nastawionej prozachodniej inteligencji. Drudzy to zdaniem Radziwinowicza albo „staliniści”, albo naiwne ofiary propagandy kremlowskiej. Wątpię, czy Polacy czytający teksty Pana Radziwinowicza będą w stanie zorientować się w poglądach rosyjskiego społeczeństwa, ponieważ wspomniany dziennikarz przeprowadza wywiady tylko z tymi, którzy powiedzą mu to, co chciałby usłyszeć. Niewątpliwie przyjemnie jest rozmawiać o stosunkach rosyjsko-polskich z Lilją Szewcową, Ilją Jaszynem, Władimirem Ryżkowem i innymi samozwańczymi 101 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 przedstawicielami „intelektu i sumienia narodu”. Jednak opinie tych ludzi, łagodnie mówiąc, nie oddają w pełni tego, co sądzi całe społeczeństwo. Jeżeli oficjalnie akredytowany dziennikarz orientuje się wyłącznie na nich, to można takie działania porównać do szukania zguby pod latarnią, bo tam jest widno. Moim zdaniem, taki uproszczony obraz nastrojów panujących wśród Rosjan jest szkodliwy dla autentycznego rozwoju stosunków polsko-rosyjskich. Dezorientuje on polskie społeczeństwo, a także w pewnym stopniu elity polityczne. Dlatego postaram się w imieniu „złych Rosjan”odnieść się do polskich pretensji i oczekiwań. Poglądy Polaków na temat Rosjan często są obciążone różnymi mitami. Na przykład o tym, że Rosjanie nie chcą przeprosić za Katyń, ponieważ rzekomo nie wiedzą, kto jest winien rozstrzelania polskich oficerów w 1940 roku i nadal tkwią w przekonaniu, że Polaków rozstrzelali hitlerowcy. A oficjalnie władze miałyby tolerować taką sytuację. Początkowo ten mit był rozdmuchiwany w polskiej prasie, potem przeniknął do rosyjskich wydawnictw prozachodnich, w końcu również do naszych mediów prorządowych. Otóż to nie jest prawda. Rosjanie o wszystkim wiedzą. Na przykład ja osobiście pamiętam, jak Gorbaczow i Jaruzelski kładli kamień węgielny pod budowę pomnika w Lesie Katyńskim – pomnika oficerów polskich rozstrzelanych przez NKWD, a nie przez Niemców. Relacja z tego wydarzenia była emitowana przez centralny kanał telewizyjny. A wydarzyło się to jeszcze przed rozpadem ZSRR. Czy to była prywatna inicjatywa Gorbaczowa, jak mogliby przypuszczać polscy prawicowcy? Nie. To było oficjalne stanowisko Rosji, od którego nie zdystansował się żaden przywódca naszego państwa, nawet „imperialista” Putin. Po katastrofie smoleńskiej w pierwszym kanale rosyjskiej telewizji z pompą był wyświetlany film „Katyń” Andrzeja Wajdy stanowiący rzekomo moment przełomowy w uznaniu winy przez Rosję. Jeśli się zastanowić, to takich „przełomowych momentów” można zliczyć z dziesięć – od uznania winy przez 102 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Gorbaczowa, poprzez jelcynowskie przeprosiny itd., itp., po prezentację filmu Wajdy. Mimo to problem istnieje. Stronie polskiej są potrzebne wciąż nowe i nowe „przełomowe momenty”, rzekomo po to, by zamknąć wreszcie pewien rozdział w historii i zacząć budować normalne stosunki z Rosją. A Rosja powinna prosić Polaków o wybaczenie jak Achilles Zenona z Elei bezskutecznie starający się dogonić żółwia. Wróćmy jednak do filmu. Słyszymy, że teraz również „zwyczajni Rosjanie” wiedzą, kto jest winien tragedii katyńskiej. Proszę wybaczyć, lecz zwyczajni Rosjanie nie są takimi ignorantami za jakich ich uważają polscy politycy i dziennikarze. Obywatele Rosji mający porządne radzieckie średnie i wyższe wykształcenie, zahartowani doświadczeniem trzech pokoleń żyjących w okresie ZSRR, stanowią większość w naszym kraju. I proszę mi wierzyć, nie tak łatwo ulegają oni oficjalnej propagandzie. Ale twórcy mitów nie poddają się. Pojawiają się publikacje o tym, że w Rosji są historycy jakoby popierani przez władzę, którzy negują zbrodnię katyńską. Spróbuję i te kwestię wyjaśnić. To prawda. Są u nas tacy historycy. Ale, po pierwsze, ich poglądy mają oparcie w braku zaufania naszego społeczeństwa do koniunkturalnej – nie waham się powiedzieć – zdradzieckiej polityki Gorbaczowa, po drugie, ich zdanie jest wybitnie prywatne i nie odzwierciedla stanowiska władz, po trzecie, takich historyków jest naprawdę niewielu (ja osobiście znam tylko jednego – Jurija Muchina), a po czwarte, ich opinie mają bardzo wąskie grono odbiorców – podejrzewam nawet, że jest ono mniejsze niż grono stałych słuchaczy „Radia Maryja”. Zastanówmy się. Czy w Polsce nie ma historyków tego pokroju? Czyż Wieczorkiewicz nie snuł spekulacji historycznych na temat „Jak Hitler i Rydz- Śmigły razem przyjmowaliby paradę na Placu Czerwonym?”. Nie wspominam już niegodziwych publikacji o tym, jak w 1945 roku do Krakowa wdarli się pijani żołnierze Koniewa. Na marginesie przypomnę, że pomnik marszałka, który uratował 103 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 miasto przed zburzeniem, został zdemontowany i oddany na złom. Na ten temat strona rosyjska milczy wstydliwie, podłość tę przemilczały także liberalne media rosyjskie lat 90-tych. Jednak naród rosyjski pamięta. Z czym tak naprawdę nie mogą się pogodzić Rosjanie? Rosjanie nie godzą się nie z pretensjami o Katyń, lecz z formułą pojednania, którą Polska próbuje narzucić. „Proście nas o wybaczenie, my zaś w niczym nie zawiniliśmy, dlatego prosić o wybaczenie nie będziemy”. O nie, także zawiniliście! Nie możemy się zgodzić na nieustanne negowanie zarzutów przedstawianych przez naszą stronę. Wydaje się to niepoważne i niekonsekwentne. Można w tym miejscu przytoczyć historię śmierci głodowej tysięcy żołnierzy radzieckich, którzy trafili do polskiej niewoli. Nie podlega dyskusji, że wtargnęli oni do Waszego kraju jako agresorzy. I jeżeli nawet rosyjskie dane o 80 tys. są zawyżone, to liczba 12-16 tys. podana przez stronę polską też jest olbrzymia. Nawiasem mówiąc, porównywalna z katyńską. Czytałem w Waszych wydawnictwach, że nie była możliwa poprawa trudnych warunków ich egzystencji z powodu problemów państwowych tworzącej się Polski. Mimo wszystko ludzie w niewoli nie powinni umierać z głodu. Ponosicie za to winę. U Was były problemy tworzącego się państwa – u nas reżim totalitarny. Reżimy totalitarne nie są precedensem w historii świata. Niestety totalitaryzm nie ominął także Rosji. Ale najbardziej kuriozalne usprawiedliwienie śmierci żołnierzy radzieckich i jednocześnie wyjaśnienie dlaczego Polska w odróżnieniu od Rosji nie jest do niczego zobowiązana wobec Rosji przeczytałem niedawno w wywiadzie z byłym polskim prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Kwaśniewski przekonywał, że w odróżnieniu od śmierci głodowej naszych żołnierzy, śmierć polskich oficerów była decyzją polityczną, dlatego, jego zdaniem, Rosja za tę decyzję powinna ponieść odpowiedzialność polityczną. Polska zaś nie ponosi odpowiedzialności politycznej za śmierć żołnierzy Armii Czerwonej. Jak to? 104 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 Decyzję polityczną w ZSRR podjęły konkretne osoby – Stalin i Beria, którzy od dawna leżą w grobie, a kto zamorzył głodem naszych żołnierzy? Wychodzi na to, że polskie społeczeństwo w osobach zaopatrzeniowców, strażników więziennych itp., przy cichej akceptacji polskich władz. Moim zdaniem ta sytuacja nie tylko nie zdejmuje winy z Polski jak twierdzi Kwaśniewski, przeciwnie, jeszcze ją pogłębia. Jeszcze kilka słów na temat polskiego i rosyjskiego społeczeństwa, dla porównania. Wielu Waszych „Sybiraków” nie skarżyło się na wrogość ze strony miejscowej ludności, wręcz przeciwnie, spotykało się z ciepłym przyjęciem i wyrazami współczucia. I teraz proszę porównać ze stosunkiem Polaków do żołnierzy Armii Czerwonej. Poza tym w naszej narodowej mentalności nie ma tradycji stawiania zarzutów i żądania przeprosin. Jeżeli nawet o nic Was nie oskarżamy, to nie dlatego, że nie uważamy Was za winnych wobec nas, lecz dlatego, że za wszystkie nasze problemy i nieszczęścia przywykliśmy winić samych siebie. Obca jest dla nas „moralność Kalego” a proces historyczny postrzegamy przez pryzmat wyłącznie własnych osiągnięć i niepowodzeń. Mentalność człowieka rosyjskiego wobec straty doskonale wyraża cytat z Czechowa: „Umarła moja Staruszka... cóż, popłakałem z miesiąc i wystarczy. A całe życie lamentować – Staruszka nie jest tego warta” (przekład mój). Jeśli spojrzeć całościowo na stosunki międzynarodowe, to one właściwie nigdy nie były idealne. Jest w nich i niegodziwość, i krew. Niestety, w relacjach międzynarodowych to rzecz normalna, również w naszych czasach określanych mianem „końca historii”. Wróćmy jednak do katastrofy smoleńskiej. O ile wiem,większość Polaków nie uważa Rosjan za winnych tej katastrofy. Lecz mniejszość nie próżnuje. Urządza głośne akcje z gołosłownymi oskarżeniami, w sposób dyletancki spekuluje danymi śledztwa. Czasem zachowuje się wręcz bezceremonialnie, jak w przypadku umieszczenia tablicy na miejscu katastrofy. Była to inicjatywa części rodzin ofiar. Tekstu tablicy nie tylko nie raczono uzgodnić z 105 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 władzami rosyjskimi, lecz nawet nie przetłumaczono na język rosyjski. Szarogęszenie się w obcym domu bez pytania gospodarza wydaje się co najmniej nieprzyzwoite. Powinni o tym wiedzieć ci, którzy do tej pory snują marzenia o jagiellońskiej doktrynie świętej misji Polski na „barbarzyńskim Wschodzie”. Dotychczas udało im się zademonstrować jedynie własne barbarzyństwo i brak zasad. Nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych dwukrotnie wysyłało pisma z prośbą o uzgodnienie tekstu na tablicy, lecz strona polska je ignorowała. Prawdopodobnie zakładając, że Rosjanie w atmosferze polskich podejrzeń nie będą zaostrzać dopiero co „znormalizowanych stosunków”. Cieszę się, że władzom rosyjskim starczyło odwagi i woli, by zdemontować wątpliwy napis na monumencie. Pozornie dobre stosunki nie są potrzebne ani Rosji, ani Polsce. Przechodziliśmy już okres „bratniej przyjaźni” w czasach PRL. Władze polskie i rosyjskie wspólnie podjęły decyzję o budowie pomnika na miejscu katastrofy. Zgoda. Ale powinien to być pomnik niewymierzony przeciwko Rosji. Nie chciałbym, aby Kaczyński, który szczerze nienawidził Rosji, był w nim postacią centralną. Nie chcę widzieć pomnika tego człowieka na naszej ziemi. Pamiętam, jak to on właśnie, kiedy był prezydentem Warszawy, nazwał jeden z warszawskich placów imieniem Dudajewa – przywódcy bandytów i terrorystów. Poza tym przemówienie, jakie zamierzał wygłosić na uroczystościach katyńskich, byłoby kolejnym policzkiem dla Rosjan. W Polsce ciągle słychać hasła: „Żądamy prawdy o Smoleńsku!”, „rosyjscy śledczy coś ukrywają”, „Śledztwo powinno mieć charakter międzynarodowy!". Jakiej prawdy żądają? Domyślam się jakiej – śmierć polskiej delegacji jest wynikiem zamierzonych działań Rosji. W związku z tym znowu trzeba rozpocząć epopeję żądań przyznania się, pokajania się i kompensacji. Moim zdaniem Rosja nie powinna iść na żadne ustępstwa, nie powinna potępiać samej siebie, by zaspokoić życzenia pieniaczy i głupców. A cóż na to polscy 106 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 pragmatycy Tusk i Komorowski? Pod presją garstki staruszek i fanatyków ustąpili, nie licząc się z głosującą na nich większością. Również przyłączyli się do chóru oskarżycieli Rosji, mówiąc, że śledztwo idzie nie tak, że wina leży po stronie rosyjskiej, choćby dlatego, że chodzi o Rosję, czyli z definicji kraj podejrzany. Obawiam się, że nie wyjdzie im to na dobre. Dla „moherowych beretów” i tak nie staną się „swoimi”, a głosy myślących wyborców mogą utracić. Nie chciałbym, żeby Rosja szła na smyczy swoich odwiecznych wrogów i ciągle się poniżała, kajała czy usprawiedliwiała. Boję się, że przekonaniom Kaczyńskiego i jemu podobnych nie pomoże ani przekazanie wraku samolotu i czarnych skrzynek, ani nawet międzynarodowe dochodzenie – to nie ma znaczenia. Nawet jeśli rezultaty najbardziej niezależnych ekspertyz udowodnią winę strony polskiej, to te ekspertyzy zostaną przez nich uznane za herezję, zaś osoby prowadzące śledztwo – za opłacone przez Moskwę. Nie ma sensu dobijać się do zamkniętych drzwi. I wreszcie parę słów o Rosji i krótkie podsumowanie. Stanowisko Rosji również mi się nie podoba. Przyjmuje ona pasywną z założenia pozycję obronną. A bierna obrona wcześniej czy później zostaje przełamana – taka jest zasada. Chciałbym tylko jednego. By Polacy zrozumieli, że pojednanie na ich warunkach może skutkować tylko pogorszeniem stosunków polsko-rosyjskich. Władze rosyjskie w osobie jakiegoś rosyjskiego Quislinga mogą przyjąć formułę Kaczyńskiego: „uznanie winy-przeprosiny-kompensacje” – podobne przykłady zdrady narodowej w Rosji nie należą do rzadkości. Wątpliwe, czy taka formuła pojednania, nie mająca oparcia w społeczeństwie rosyjskim, okaże się trwała i faktycznie przyniesie korzyści naszym krajom. Z wyrazami szacunku dla polskich czytelników Aleksander Czewieriew. 107 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 NA PROWINCJI Rosyjska prowincja nie jest wcale tak zacofana, jak nam się wydaje, ale faktycznie jest inaczej, jeśli porównać styl i poziom życia Moskwy czy innych dużych miast do wsi. Chociaż i tak wiele już zmieniło się na lepsze. Urzeka siła tamtejszej przyrody. Potężna tajga, po wyjściu z której dziwisz się, jakie europejskie drzewa są małe! Nawet w Moskwie to widać. W parkach można obserwować, jaka potężna musiała być tu puszcza, zanim zalano wszystko betonem. Drzewa, krzewy, pagórki, strumyczki. Mieszkałem w bloku na szóstym piętrze, a drzewa pomiędzy budynkami wznosiły się o wiele, wiele wyżej! Na takim zwykłym, dawnym blokowisku. A Moskwiczanie chętnie i często wyjeżdżają za miasto. Normalną sprawą jest przejechanie czterystu kilometrów na grzyby. Nikogo to nie dziwi. Inni znowu, to już myśliwi, i te 600 kilometrów (przynajmniej) na wschód przemykają, żeby zapolować. Tam w bardzo eleganckich ośrodkach, bazach myśliwskich można również doskonale wypocząć, przygotowana jest świetnie cała infrastruktura. Bardzo chętnie bywa tam towarzystwo z całego świata, najmniej jest Polaków. Nie wynika to tylko z obaw przed odwiedzeniem Rosji, ale również z braku możliwości finansowych. Szkoda, bo naprawdę warto! Mojego przyjaciela, zapalonego motocyklistę, zaproszono kiedyś na zlot motocyklowy w Kazaniu. Skorzystałem więc z okazji i zabrałem się z nim. Stolica Tatarstanu od dawna mnie ciekawiła, ze względu na swą historię i bardzo piękne ponoć położenie geograficzne. Potężny Samarski Zbiornik Wodny przy ujściu rzeki Kazanki do Wołgi. Wielki ośrodek przemysłowy, uniwersytet i wspaniałe zabytki. Wielokulturowość. Tu znajduje się słynna cudowna ikona Matki Boskiej Kazańskiej, jak i wspaniałe meczety. Miasto mnie poraziło swym ogromem. Ponad milion mieszkańców, potężne zakłady przemysłowe, szerokie ulice, ogromne place, wspaniały park wodny, nie 108 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 wygląda to na rosyjskie zacofanie stepowe, tak głęboko tkwiące w głowach Polaków. Zabytki robią wrażenie. Kreml całkowicie odrestaurowany. Wspaniały meczet Mardzani, Sobory Pietropławowski i Błagowieszczeński, Cerkiew Pałacowa, Pałac Gubernatora czy budynek uniwersytetu. W 2005 roku oddano do użytku największy meczet w Rosji Kul Szarif i uruchomiono metro. Tych, którym zdaje się, że miejscowi motocykliści poruszają się na Iżach, Mińskach czy Dnieprach, muszę rozczarować. Powitały nas takie maszyny, na jakie wielu rodzimych fanów jednośladów raczej nigdy w życiu nie będzie stać. Odbyliśmy wspaniałe „pokatuszki” po kazańskich arteriach, na każdym prawie motorze sympatyczka na tylnym siedzeniu, bardzo często w bikini. O nich w następnym artykule. Trochę o fankach motocykli i motocyklistów Kazaniu. Po przejażdżkach zasiadamy przy piwku i jedna ładna 24-letnia pasażerka motocykla opowiada mi, jak to jest z tymi rycerzami szos. Używa ksywy Klubicznaja. Wiem, że na tylnym miejscu siedzi się trochę niebezpiecznie, ale ona już się przyzwyczaiła. To ich styl życia albo...? Oceńcie sami. Staram się dokładnie przetłumaczyć jej słowa. Pasażerka siedzi równo i prosto za plecami kierowcy. Jeśli kierowca przechyla się w bok, pasażerka robi dokładnie to samo. Pomiędzy tyłkiem kierowcy a podbrzuszem pasażerki powinna pozostawać niewielka wolna przestrzeń (na początku) – dlatego że przy hamowaniu pasażerka gwałtownie przesuwa się do przodu i jeśli tej wolnej przestrzeni nie będzie, to po kontakcie z bakiem u kierowcy zmieni się głos. Jedna ręka pasażerki obejmuje kierowcę w okolicach brzucha, drugą trzyma się za oparcie. Jeśli oparcia nie ma, to też za brzuch. Nie za mocno ściskać, żeby nie 109 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 przyduszać kierowcy. Oparcia należy trzymać się mocno i prawidłowo, tak żeby nie połamać przypadkiem palców. Podczas jazdy pasażerka patrzy na drogę jednym okiem i z jednej strony. I uważa, żeby nie stukać swoim kaskiem o kask kierowcy. A drogę też powinna obserwować, żeby mocniej się trzymać przy przejeździe po dziurach. Przy przechylaniu się motocykla należy: – pasażerka pochyla się w tę stronę, co motocykl – pasażerka patrzy w tę stronę, z której słychać warkot silnika – ziemia będzie przybliżać się do głowy pasażerki. Krzyczeć nie trzeba! Żeby nie straszyć bardziej kierowcy, i tak się boi. Jeśli ona nie pochyli się lub nie obróci głowy – BACH. Jeśli wystraszy kierowcę – BACH. Kolana pasażerki ściskają kierowcę delikatnie. Wiercić się i wyginać w różne strony nie wolno! Kiwać się w przód i w tył też nie wolno! Każde kiwnięcie wpływa na tor jazdy motocykla, utrata równowagi – BACH. Denerwować też nie wolno! Jeśli pasażerka kończy (a bywa tak), to powinna wyprostować plecy, podbrzusze przycisnąć mocno do siedzenia. Nogami można ścisnąć kierowcę. Najważniejsze to nie kręcić się, dlatego że denerwować nie można. A kręcić się to denerwować kierowcę. A tego nie wolno, bo wtedy – BACH!!! I najważniejsze!!! Każda pasażerka powinna znać reguły. Wsiadła – dała. Dlatego kończyć na motocyklu wcale nie trzeba. Można kończyć z motocyklistą. Do tego trzeba pamiętać: – jeździć tylko z płcią przeciwną – wsiadła – dała. 110 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 111 Miłosz Skrzyński: Okiem eko przewodnika: Rosja i Ukraina RW2010 112 Document Outline SŁOWEM WSTĘPU 3 NA DACZY 6 DED WASIA, czyli gościłem u prawdziwego NKWD-dzisty 12 TAK SIĘ PIJE NA UKRAINIE 19 PO ŻELAZNEJ DRODZE 22 ELEKTROWNIA 44 WSPOMNIENIE ZSRR 54 KOMPLEKSY? 58 CODZIENNE SYTUACJE 66 Siłownia, płaski brzuszek latem – cena. 66 Informatyk 69 Przygoda w centrum 74 O naszych krajach 77 Różnica kultur? 80 Barszcz 81 NOCĄ 84 PLAŻA 89 BAZAR 93 MOSKIEWSKIE PRZEDSZKOLE 100 LIST DO POLAKÓW 102 NA PROWINCJI 109 Trochę o fankach motocykli i motocyklistów Kazaniu. 110 SŁOWEM WSTĘPU NA DACZY DED WASIA, czyli gościłem u prawdziwego NKWD-dzisty TAK SIĘ PIJE NA UKRAINIE PO ŻELAZNEJ DRODZE ELEKTROWNIA WSPOMNIENIE ZSRR KOMPLEKSY? CODZIENNE SYTUACJE Siłownia, płaski brzuszek latem – cena. Informatyk Przygoda w centrum O naszych krajach Różnica kultur? Barszcz NOCĄ PLAŻA BAZAR MOSKIEWSKIE PRZEDSZKOLE LIST DO POLAKÓW NA PROWINCJI Trochę o fankach motocykli i motocyklistów Kazaniu. * * * Сконвертировано и опубликовано на http://SamoLit.com